Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

WOJCIECH ORLIŃSKI: Jak mówić o kimś takim jak Lidia Ciołkoszowa z domu Kahan? Polka żydowskiego pochodzenia? Polska Żydówka?

PROF. ANDRZEJ FRISZKE: Można mówić o polskich Żydach, gdy mówimy o ludziach świadomie podtrzymujących formy odrębności. W okresie II Rzeczpospolitej dotyczy to syjonistów, religijnych ortodoksów, w jakimś stopniu Bundu [antysyjonistycznej lewicowej partii żydowskiej]. Natomiast ludzi, którzy mają poczucie pełnej identyfikacji z Polską, z jej kulturą, nikt rozsądny nie będzie nazywać „Żydami” tylko dlatego, że mieli takich przodków. A to przed wojną była ogromna grupa ludzi – widoczna w świecie kultury, nauki, polityki...

„Nikt rozsądny” może, a antysemici?

– W II Rzeczpospolitej było dużo antysemityzmu, ale miał różne oblicza. Ruch narodowy sam stał przed podobnymi dylematami – jak zdefiniować Polaka? Nie zapominajmy, że sami mieli w szeregach ludzi o żydowskich korzeniach. Stanisław Stroński, czołowy endecki publicysta, Stanisław Piasecki, redaktor naczelny „Prosto z Mostu”. Im bliżej drugiej wojny światowej, tym więcej przybywało tych radykałów, to inna sprawa.

Sytuacja Ciołkoszowej nie była w II Rzeczpospolitej czymś nietypowym. W PPS wielu było zasymilowanych Żydów. Trzeba było być bardzo skrajnym nacjonalistą, by odrzucać możliwość, że osoba innej narodowości staje się Polakiem przez asymilację. Ten proces trwał od XIX wieku i dotyczy nie tylko Żydów, także Niemców, Litwinów, Rosjan, Białorusinów, Ukraińców, którzy z różnych powodów wiążą swoje losy z polskością.

Czy da się to jakoś liczbowo opisać?

– Nie sądzę, bo asymilacja jest ciągłym procesem. Weźmy jeden przykład: Adam Pragier. Miał żydowskie korzenie, ale identyfikował się z polskością. Upieranie się, że mimo to był Żydem, byłoby niemądre i o ile mi wiadomo, nikt tego nigdy nie robił. Ale są i osoby o mieszanej tożsamości. Na przykład Emanuel Szerer. Był członkiem Rady Narodowej, organu konsultacyjnego rządu na uchodźstwie zastępującego parlament. Wszedł do niej na miejsce Szmula Zygielbojma po jego tragicznej śmierci i reprezentował Bund. Czytałem w londyńskim archiwum jego listy do Adama Ciołkosza. Zdecydowanie uważał siebie za Żyda, ale nie lubił Izraela. Bundowcy uważali tworzenie państwa żydowskiego za zawracanie głowy. Szerer bardzo się interesował sprawami polskimi, jak zresztą cały Bund. W Nowym Jorku przechowywali korespondencję Piłsudskiego z amerykańskimi socjalistami. A więc ważne dokumenty dla historii polskiej niepodległości były jednocześnie dokumentami ważnymi dla nowojorskich żydowskich socjalistów!

PRZECZYTAJ TAKŻE: Niezłomna i niewygodna Lidia Ciołkoszowa. ikona polskiego socjalizmu

Ciołkoszowa opowiada się po stronie polskiego patriotyzmu, ale nie ukrywa żydowskich korzeni. Wspomina anegdotę, jak w latach 30. spotyka jakiegoś kolegę ze studiów, który został narodowcem, i mu mówi: „No i jak my mamy teraz spacerować po Warszawie, pan z mieczykiem Chrobrego w klapie, a ja ze swoim nosem”.

– Nie jakiegoś kolegę, tylko Tadeusza Bieleckiego, bardzo ważną postać dla polskiego ruchu narodowego! Należał do najbliższych współpracowników Dmowskiego. Ale ich przyjaźń przetrwała dekady.

Te podziały, kto jest Żydem, a kto Polakiem, nie były jednoznaczne. Czytałem w archiwach dokumenty z lat 40., w których ludzie musieli określić swoją tożsamość. I to często wyglądało tak: narodowość żydowska, język ojczysty polski. Albo odwrotnie!

Nie da się tego zrozumieć, jeśli będziemy przykładać do tego dzisiejsze stereotypy...

Nie pasuje do nich choćby taki epizod z młodości naszej bohaterki. W 1919 roku komuniści organizowali wiece i strajki w proteście przeciwko pogromom we Lwowie, o które oskarżali niepodległą Polskę. Lidia Kahan, socjalistka o żydowskich korzeniach, zwalcza komunistyczną agitację i z dumą mówi: w naszej szkole strajku nie było...

– Ludzie o podobnych poglądach i podobnym pochodzeniu stanęli sto lat temu przed dylematem – co jest dla nich ważniejsze. Jeśli najważniejsze wydawało im się urzeczywistnienie socjalistycznych ideałów, grawitowali w stronę komunizmu i dążenia do światowej rewolucji. Jeśli jednak uważali, że podziały narodowe są przed podziałami politycznymi, najważniejsza dla nich była budowa niepodległej Polski. Tylko że to wszystko toczy się w biegu.

Ówcześni komuniści też nie wiedzieli, że to wszystko prowadzi do stalinizmu. Część mogła wierzyć, że terror to tylko etap – który się kiedyś skończy.

Do pewnego czasu, gdzieś do połowy lat 20., socjaliści i komuniści potrafią być w tych samych organizacjach, na przykład akademickich.

Myślałem, że ostry podział wprowadza już wojna bolszewicka. Lidia organizuje wtedy z łódzkimi gimnazjalistkami Szkolny Komitet Pomocy Żołnierzom, na maszynach do szycia naprawiają bieliznę ze szpitali wojskowych.

– W świecie dorosłej polityki wojna bolszewicka rzeczywiście wprowadza jednoznaczny podział. Kto wtedy poparł bolszewików, ten już nie miał czego szukać wśród socjalistów. Ale miałem na myśli młodzież, która dopiero będzie wkraczać w dorosłość – na przykład organizacje harcerskie czy Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Lidia Kahan w tym środowisku pozna swojego przyszłego męża Adama Ciołkosza. Oboje byli jednoznacznie związani z obozem niepodległościowym, ale w tych organizacjach działali także przyszli komuniści.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Niepodległościowi lewacy. Spór o polski patriotyzm

W życiu Ciołkoszowej często zdarzało się tak, że niedawny przyjaciel stawał się wrogiem, a czasem odwrotnie. Pierwszym wielkim rozczarowaniem okazał się dla niej Józef Piłsudski. Po zamachu majowym w 1926 zrzuciła ze ściany jego portret, żeby zastąpić Stefanem Żeromskim. Nie umiem sobie wyobrazić, co wtedy czuła.

– Trzeba pamiętać, że Piłsudski był przywódcą całej polskiej lewicy niepodległościowej. I to nie przez chwilę, tylko od 1893. Miał w tym środowisku autorytet tak wielki, że na jego wezwanie ludzie szli do Legionów. I nagle w 1926 okazuje się, że on z tym środowiskiem zrywa. Nie interesuje go demokracja.

Ale dlaczego to było dla nich takim zaskoczeniem? Przecież on tego nie ukrywał już wcześniej, już przy okazji sporów o konstytucję marcową.

– Po odzyskaniu niepodległości polscy demokraci uświadomili sobie, że demokracja w Polsce oznacza, że zawsze będzie rządzić endecja, bo to ona będzie wygrywać w wyborach. Nie tylko Piłsudski czuł się tym rozczarowany.

Jest taki wywiad, udzielony przez Piłsudskiego szwajcarskiemu dziennikarzowi bodajże w 1919, w którym dziennikarz mówi: „Wy jesteście w gruncie rzeczy tacy jak bolszewicy”. Piłsudski na to: „Nie, my chcemy chłopom dać prawa, robotnikom dać prawa, kobietom dać prawa. To nie jest żaden bolszewizm, to budowanie podstaw demokracji”.

Ale później nadchodzi seria rozczarowań dla demokratów. Przede wszystkim zabójstwo Narutowicza. Potem endecy rządzą państwem, chcą odkręcić wprowadzone w 1918 reformy, utrzymywać resztki feudalizmu. Nie tylko Piłsudski zastanawia się, jak z tego wybrnąć.

Stąd pojawia się taki pomysł: że w Polsce musi rządzić światła elita, która w tym prawicowym kraju nie może być lewicowa. Oczywiście, socjaliści nie mogą tak rozumować, bo przestaliby być socjalistami. I część faktycznie przestaje i popiera Piłsudskiego po zamachu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zygmunt Łoziński. Największy twardziel wśród biskupów

Ale nie nasza bohaterka. I tu znów mam problem z opisem tej sytuacji. W 1930 roku Adam Ciołkosz zostaje aresztowany za działalność opozycyjną i osadzony w twierdzy w Brześciu. Powiedziałbym: faszyzm, dyktatura. Ale w żadnej faszystowskiej dyktaturze nie byłby możliwy ciąg dalszy, że jego żona bierze na siebie prowadzenie kampanii wyborczej i wygrywa, Ciołkosz znów zostaje posłem.

– Powiedzmy to sobie jasno: sanacyjna Polska nie była państwem faszystowskim. To była dyktatura, owszem, ale nie faszystowska, choćby dlatego, że sanacja nie miała skłonności nacjonalistycznych. Nie było zwalczania mniejszości narodowych, wywyższania się ponad inne narody. To ich odróżniało od narodowców.

Jak to opisać? Proponuję podzielić scenę polityczną na trzy segmenty. Po pierwsze, sanacja, zwolennicy dyktatury jako środka do celu, z przekonania, że nie da się inaczej zmodernizować i usprawnić Polski. Po drugie, endecja, Obóz Wielkiej Polski, zwolennicy dyktatury narodowej. I wreszcie głęboko podzielony obóz demokratyczny – socjaliści, ludowcy, chadecy, ugrupowania mieszczańskie.

Sanacja w tym wszystkim sytuuje się jakby w centrum. Raz szuka zbliżenia z demokratami, raz z narodowcami, ale priorytetem jest dla niej utrzymywanie państwa pod kontrolą. Brześć był reakcją na Centrolew, czyli szeroki sojusz ugrupowań demokratycznych. Tworzące go ugrupowania mogły wygrać w wyborach, więc sanacja brutalnie im tę kampanię utrudniła aresztowaniami, nieuczciwym procesem...

...torturami!

– No nie, bez przesady...

Przecież Adama Ciołkosza tuż przed aresztowaniem pobili „nieznani sprawcy”, Hermana Liebermana pobito już w więzieniu, prawie na śmierć, starych, schorowanych ludzi jak Witos zmuszano do mycia latryn szczoteczką do zębów...

– Prawda, ale nie mówiłbym jednak o torturach. Ma pan problem z opisem tej sytuacji – proponuję przede wszystkim ostrożnie dobierać słowa. Brześć pokazuje samoograniczanie się dyktatury sanacyjnej. Owszem, bardzo brutalnie traktowali więźniów, ale w końcu ich wypuścili, proces brzeski był jednak prowadzony praworządnie, zaś skazanym przed uprawomocnieniem wyroku dano możliwość wyjechania z kraju. Ciołkosza po 10 miesiącach więzienia wypuścili i pozwolili działać w polityce samorządowej. Dlatego właśnie Adam i Lidia praktycznie rządzili Tarnowem. Trudno to sobie wyobrazić w dyktaturze faszystowskiej, nie mówiąc już o bolszewickiej.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ostatnia z Polonii w Breslau. Nigdy nie chciała rozmawiać o tym, co się działo, gdy weszli Rosjanie. "To było potworne"

Kiedy Ciołkosz trafia do więzienia, Lidia przejmuje jego obowiązki, głównie w polityce samorządowej. Przedtem była przede wszystkim żoną posła. To chyba nietypowa kariera w tamtych czasach?

– Owszem. Lidia trafia wtedy do Rady Naczelnej PPS – tego stanowiska się nie dostawało za bycie żoną posła. To jest awans do ścisłej elity politycznej. Miała talent jako lider, była energiczna, nastawiona na realizację założonych celów. Ale i bardzo ciepła. Błyskawicznie buduje autorytet wśród współpracowników męża, a to w większości mężczyźni.

I to jest paradoksalnie dobry skutek procesu brzeskiego...

– Gdyby nie Brześć, zapewne dalej zajmowałaby się działalnością społeczną, oświatową, Robotniczym Towarzystwem Przyjaciół Dzieci...

A jej strategia walki z sanacją po Brześciu może być odpowiedzią na dzisiejsze pytanie o to, co ma robić opozycja. Walczyła o sprawy bliskie ludziom, o baraki socjalne dla bezrobotnych i żeby więcej pociągów się zatrzymywało w Tarnowie...

– To nie jest oryginalna rada dla opozycji. Wielkie spory ideologiczne są mało istotne dla większości społeczeństwa, ludzi bardziej interesują konkretne sprawy codzienności.

I tak dochodzimy do kolejnego zwrotu w życiu Lidii Ciołkoszowej. Nagle trzeba się dogadywać z ludźmi, którzy ci męża najpierw pobili, a potem wsadzili do więzienia, bo Polskę napadli zewnętrzni wrogowie. Jak im wybaczyć?

– Nie powiedziałbym, że im wybaczono. Po Brześciu relacje między tymi, którzy zostali przy PPS, i tymi, którzy poparli sanację, zostały zerwane do 1939. A i na emigracji, w rządzie londyńskim, nie były proste. Ciołkoszowie toczyli z nimi głębokie spory także po wojnie. To nie było wybaczone.

Z endecją relacje też były trudne. Wspomniał pan o przyjaźni Ciołkoszowej z Bieleckim. Gdyby jej nie znał osobiście, to też by o niej mówił „Żydówka”.

Oboje się znaleźli na emigracji i ich relacje pokazują złożoność procesu, który nigdy się nie zakończył.

Bielecki po wojnie był prezesem emigracyjnego Stronnictwa Narodowego. Utrzymywał z Ciołkoszową poprawne relacje ze względu na ich dawną przyjaźń. Ale kiedy umarł, to jej na pogrzeb nie zaprosili. Miała do nich żal.

Ciągle nie umiem sobie wyobrazić, jak to wyglądało od strony ludzkiej. Jeszcze przed chwilą bojówkarze partii A byli gotowi cię zabić tylko za to, że jesteś z partii B. A teraz przywódcy partii A i B zasiadają razem w rządzie emigracyjnym?

– To nie było proste. Przypomnę o podziale na te trzy zasadnicze nurty. Na emigracji dominującą rolę odgrywają politycy obozu demokratycznego, w pewnym stopniu za sprawą naszych sojuszników. Ostrożnie kooptują przedstawicieli obozu narodowego, ale tych rozsądnych, umiarkowanych. Już z Bieleckim jest kłopot. Sanatorów w zasadzie izolują, z pewnymi wyjątkami, bo tam byli fachowcy, którzy się nie splamili niczym strasznym – Zaleski, Raczkiewicz. To są państwowcy.

Ale jak ich izolować, jeśli wojsko było ich?

– No, teraz to pan pojechał uproszczeniem godnym Macierewicza. Tak jak nie każdy oficer Ludowego Wojska Polskiego był komunistą, tak samo nie każdy oficer w 1939 był sanatorem! Kadra wojskowa była państwowa, cieszyła się szacunkiem polityków wszystkich opcji. Izolowano pojedynczych ludzi, którzy byli szczególnie skompromitowani udziałem w zwalczaniu opozycji, jak Kostek-Biernacki. Takiego szufladkowego rozumowania, że każdy wojskowy czy każdy policjant byli zwolennikami sanacyjnej władzy tylko dlatego, że wykonywali jej rozkazy – na emigracji nie było.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Najgorsi więźniowie w obozie to byli Żydzi - mówi dziadek. Nie pytam, dlaczego tak uważa

A jak do tego się odnosiła Ciołkoszowa?

– Jako członkini przedwojennej Rady Naczelnej PPS automatycznie weszła do Komitetu Zagranicznego PPS. Odgrywał on bardzo istotną rolę w budowaniu relacji zagranicznych rządu londyńskiego z rządami sojuszniczymi, w których również często uczestniczyli socjaliści. W polityce zewnętrznej była więc lojalna wobec tego rządu, ale w wewnętrznej toczyła zaciekłe spory z Sikorskim, który też był typem autorytarnym. Mógł akceptować demokrację, ale tylko taką, w której będzie miał ostatnie słowo. Dla Ciołkoszów priorytetem było, żeby po odzyskaniu przez Polskę wolności wrócić do pełnej demokracji.

Po śmierci Sikorskiego spierali się z Mikołajczykiem o politykę ustępstw wobec ZSRR. Ciołkoszowie stali na pryncypialnym stanowisku: żadnych ustępstw – albo pełna niepodległość Polski, albo nie ma rozmowy.

Współpraca Ciołkoszów z zachodnimi socjalistami wiąże się z pierwszymi próbami zwrócenia uwagi Zachodu na to, co się dzieje z Żydami na terenach okupowanych przez Niemców.

– Kiedy Ciołkosz wyjechał w grudniu 1939, to jeszcze w Rumunii napisał raport o tym, co się dzieje w okupowanej Polsce. Opublikowałem to w „Zeszytach Historycznych”, jeszcze u Giedroycia. Holokaust wtedy był w początkowej fazie, ale już te pierwsze zbrodnie, rozproszone po całym kraju, były alarmujące.

Pierwsze informacje o systematycznym mordowaniu Żydów na masową skalę nadchodzą do Londynu po ataku Niemców na ZSRR. Wiedzą o masowych pogromach na wschodzie, a od wiosny 1942 także o strasznych warunkach w gettach. Ale co mogą zrobić? Ciołkoszowie alarmują wszystkie partie Międzynarodówki Socjalistycznej. We wrześniu 1942 współorganizują wielkie wydarzenie w Caxton Hall, mające zwrócić uwagę Zachodu na eksterminację Żydów. Tam są ważni politycy Labour Party, a także emigracyjni z Francji i Belgii, więc to wielkie wydarzenie, odnotowane przez media. Ale niewiele dało, Zachód się tym nie chciał interesować.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Po Marcu '68 babcia Lusia wyjechała z kraju. Niemcy zachodnie dały jej poczucie bezpieczeństwa, którego pozbawiła ją komunistyczna Polska

W 1945 Zachód wycofuje poparcie dla rządu londyńskiego, uznaje władze komunistyczne. Co robić?

– W 1945 Ciołkoszowie są we mgle. Mają nadzieję, że może Mikołajczykowi się uda, że może Zachód się zmobilizuje w obronie polskiej wolności. Ale w miarę jak to wszystko się zamyka, pozostaje tylko budowanie alternatywnego państwa polskiego na wygnaniu. Przechowywanie pewnych zasad na wypadek, gdyby wszystko się nagle radykalnie odwróciło, co oczywiście wtedy mogło oznaczać tylko nową wojnę.

No i jest jeszcze to bardzo zmitologizowane wydarzenie, o którym słyszałem tyle plotek, że sam już nie wiem, co tu jest historyczne: w 1946 Ciołkoszów odwiedza Józef Cyrankiewicz, zaproszony do Londynu na jakąś konferencję...

– Spotkanie jest bezsporne, Stalin dostał o nim notatkę od wywiadu sowieckiego. Cyrankiewicz był przedwojennym przyjacielem Ciołkoszów z Krakowa. Wojna ich rozdzieliła, Ciołkoszowie wyemigrowali, Cyrankiewicz budował podziemną organizację PPS i za to trafił do Oświęcimia. Po wojnie odbudowywał PPS koncesjonowaną przez komunistów. Dla Ciołkosza to była...

Zdrada!

– Nie użyłbym tego słowa. To była próba manewrowania. Że skazana na niepowodzenie, to dzisiaj wiemy. Ale wtedy to była mgła. Nie wiadomo było, co z tego wszystkiego wyjdzie. Jeszcze nie było sfałszowanych wyborów. Różni ludzie mieli różne nadzieje i Ciołkoszowie nie potępiali ich w czambuł, choć zachowywali ostrożność – jak pokazała historia, słusznie.

Pani Lidia mi streściła tę rozmowę tak, że Adam mówił, że socjaliści powinni się dogadać z Mikołajczykiem. Gdyby PPS stworzyła blok z opozycyjnym PSL, komuniści z PPR wylądowaliby w izolacji. To wszystko oczywiście nie mogło się udać. Skoro Stalin został poinformowany, że Cyrankiewicz spotkał się z Ciołkoszami w Londynie, to już świadczy o tym, jakie były granice swobody. A komuniści kontrolowali najważniejsze struktury aparatu państwa. I w zapleczu były wojska sowieckie w Polsce i na zachód od Polski – za Odrą.

Ale co zostało Ciołkoszom? Posługiwanie się paszportami nieuznawanego już państwa?

– Lidia Ciołkoszowa nie przyjęła brytyjskiego obywatelstwa. To była sprawa honoru – tak samo postrzegała to cała aktywna politycznie emigracja. Posługiwali się dowodami tożsamości, które przed wojną nazywano „paszportami nansenowskimi”. Wtedy wydawała je Liga Narodów, po wojnie przejęło to ONZ. Wydawano je bezpaństwowym uchodźcom.

W odróżnieniu od męża, który zmarł w 1978, Lidia Ciołkoszowa doczekała wolnej Polski i włączyła się w próbę odtworzenia Polskiej Partii Socjalistycznej. Poznałem ją jako młody człowiek, wtedy jeszcze pełen marzeń i ideałów.

– Jeśli mówimy o marzeniach, to ja nie miałbym nic przeciwko temu, żeby po 1989 odrodziły się przedwojenne ugrupowania, PPS jako lewica i nawet przedwojenne Stronnictwo Narodowe jako prawica, bo poznałem – zresztą przez panią Lidię właśnie! – trochę endeków starej daty i jest ogromna różnica między nimi a tymi, którzy się dziś podają za ich kontynuatorów. To jednak byli ludzie światli i cywilizowani.

Ale przez te czterdzieści parę lat umarła siła oddziaływania tamtych nazw, tamtych przywódców. Chadecji też nie udało się odtworzyć. Ludowcy woleli kontynuować tradycje ZSL niż PSL. Ruch narodowy też poszedł w inną stronę. Cóż, tak bywa w historii.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Córka Grzecznarowskiego: Ojciec zostawiał nas małe, a zastał dorosłe

Jak udało się panu ją poznać, choć dzieliła was żelazna kurtyna?

– W 1983 roku znalazłem się w Wiedniu. Byłem młodym magistrem historii pasjonującym się historią najnowszą. Nawiązałem stamtąd korespondencję z Ciołkoszową jako świadkiem historii. Kiedy w 1984 przyjechałem do Londynu, odwiedziłem ją, zacząłem pracować na jej archiwach. Na tyle się zaprzyjaźniliśmy, że podczas kolejnego przyjazdu już u niej mieszkałem. Cały czas korespondowaliśmy – oczywiście przez osoby trzecie, nie przez oficjalną pocztę.

Gorąco interesowała się bieżącymi sprawami kraju, śledziła działalność opozycji. Wspierała jak mogła podziemną „Solidarność”, załatwiając różne jej interesy.

Pomagała ludziom takim jak ja – żeby młody historyk mógł przyjechać prowadzić badania. Ale też utrzymywała kontakt z opozycją w kraju. Tylko w tych okresach, w których mieszkałem pod jej dachem, pamiętam odwiedziny Zofii Romaszewskiej, Piotra Naimskiego, Marka Nowickiego, Heleny Łuczywo.

A pojawiła się w waszych rozmowach taka heretycka myśl, że komunizm kiedyś upadnie?

– No jasne! Przecież nawet cesarstwo rzymskie upadło, więc czemu nie komunizm. Ale nie za naszego życia...

***

Spotkałem ją na początku lat 90., podczas próby reaktywowania w Polsce tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, niezbyt udanej.

Lidia Ciołkosz (1902--2002), działaczka przedwojennej, a potem emigracyjnej PPS, zgodziła się zostać naszą honorową przewodniczącą.

Byłem studentem, z głową pełną ideałów. Gdy zwróciła się do mnie per „towarzyszu Wojtku”, czułem się dumny.

Urodziła się w Tomaszowie Mazowieckim. Wychowano ją w kulcie powstań i walki o niepodległość w rodzinie polskich patriotów żydowskiego pochodzenia – Kahanów. Rodzice posłali ją do prywatnej szkoły z wykładowym językiem polskim. W dorosłość
weszła już w niepodległej Polsce i od razu zaczęła działać w PPS, gdzie poznała przyszłego męża, Adama Ciołkosza, wówczas działacza harcerskiego i socjalistycznego, później posła na Sejm i redaktora socjalistycznego „Naprzodu”.
Gdy Ciołkosza uwięziła sanacja w tzw. procesie brzeskim, jego żona przejęła rolę liderki PPS w Tarnowie. Okazała się zdolną organizatorką.

Socjaliści wprowadzili 17 osób do 40--osobowej rady miejskiej. Po 1939 Ciołkoszom udało się przedostać do Londynu. Stali się głosem polskiej lewicy. W PRL ich nazwisko było zakazane.

Adam Ciołkosz zmarł w 1978. Lidia 24 lata później, na dwa tygodnie przed setnymi urodzinami.