Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Dorota Karaś: Kiedy wybuchła wojna, miała pani osiemnaście lat. Młodzież chciała walczyć?

Prof. Joanna Muszkowska-Penson*: Byliśmy zachwyceni wojną. Uznaliśmy, że będzie to wspaniała zabawa. Urodziliśmy się jako pierwsze pokolenie po odzyskaniu niepodległości, nastroje patriotyczne były bardzo żywe. W 1931 roku zaczęłam chodzić od ośmioklasowego gimnazjum imienia Królowej Jadwigi w Warszawie. Pamiętam z tego okresu, że niezwykle uroczyście obchodziliśmy wszystkie rocznice niepodległości. Nasze nauczycielki – polonistka i nauczycielka historii, które w czasie I wojny światowej należały Polskiej Organizacji Wojskowej – opowiadały uczniom swoje własne przeżycia z okresu walki o niepodległość.

To były te same nauczycielki, które w 1939 roku wciągnęły panią do konspiracji?

– Wojna wybuchła, kiedy zdałam maturę. Marzyłyśmy z koleżankami, żeby coś robić. Byłyśmy pewne, że nasze nauczycielki trafią do konspiracji. Nie myliłyśmy się, to one nas wciągnęły do Związku Walki Zbrojnej. Dla młodego człowieka to było wielkie przeżycie, chodzić z meldunkami i rozkazami między szefami konspiracji. Tuż przed wojną dostałam rower, byłam więc bardzo szybką łączniczką. Jeździłam po Warszawie, to była atrakcyjna i bardzo przyjemna robota. Nie miałyśmy żadnego pojęcia o niebezpieczeństwie, dopóki nie zetknęłyśmy się z gestapo.

Wcześniej to była przygoda?

– Wszyscy zmieniliśmy sobie imiona, mieliśmy pseudonimy. Nie pamiętam już swojego. Udało nam się pracować w konspiracji około roku. Nasza komórka ZWZ nazywała się „Album”. Zabawa skończyła się, gdy w 1941 roku do naszego konspiracyjnego lokalu przy ulicy Mokotowskiej przyszli Niemcy i stanęli z rewolwerami skierowanymi w naszym kierunku. Wtedy poczułyśmy strach. Z Mokotowskiej zabrali nas na Pawiak.

Powiedziała pani rodzicom, że jest w konspiracji?

– Nic im nie mówiłam, żeby ich nie straszyć. Musieli jednak coś wiedzieć, bo myśmy były zajęte cały dzień – wychodziłyśmy z domu rano i wracałyśmy wieczorem. A przecież była okupacja, łapanki. Pewnie się orientowali, że nie siedzimy w jakiejś kawiarni. Oficjalnie się jednak o tym nie mówiło, żeby ich nie straszyć. Dopiero jak nas aresztowali i wsadzili na Pawiak, a właściwie na jego kobiecą część, nazywaną Serbią, posłałam im wiadomość.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Mieczysław Gębarowicz. Strażnik polskich skarbów Ossolineum we Lwowie

Jak dotarła?

– W więzieniu były polskie strażniczki, jeszcze sprzed wojny. One też należały do konspiracji. Po aresztowaniach natychmiast udawały się do rodzin i przekazywały informacje. Dostarczały też korespondencję w jedną i w drugą stronę. Wpadły, przyjechały do Ravensbrück w następnym transporcie po moim.

Trafiłyście na Pawiak grupą bardzo młodych dziewcząt. Ktoś się wami zaopiekował?

– Działała jeszcze przedwojenna Rada Główna Opiekuńcza. To byli cywile, którzy pomagali więźniom, najczęściej kryminalistom. Bardzo się uaktywnili, gdy zaczęły się aresztowania polityczne. Kobiety, które należały do rady, dostarczały wiadomości rodzinom, ale również do Związku Walki Zbrojnej, żeby zlikwidowali lokal, w którym nas aresztowano.

Władze więzienne utworzyły celę dla małoletnich, w której siedziało dwadzieścia parę dziewcząt. To była dawna sala gimnastyczna, z oknami, więc miałyśmy w niej trochę więcej powietrza i miejsca niż w zwykłej celi. Siedziała w niej również nauczycielka gimnastyki, która nami się opiekowała. Udawałyśmy, że jesteśmy w harcerskiej drużynie. Nie było to trudne, wszystkie przed wojną należałyśmy do harcerstwa. Na Pawiaku siedziałyśmy jakieś pół roku, potem wywieźli nas do obozu koncentracyjnego.

Kto pomagał przetrwać w Ravensbrück?

– W obozie miałam całą rodzinę.

To znaczy?

– Matkowały nam starsze osoby, które zostawiły własne dzieci na łasce losu. Zdarzało się, że któraś z kobiet zastępowała ojca, więc można powiedzieć, że były nawet pełne rodziny. Niektóre więźniarki opiekowały się większą grupą dziewcząt, zdarzały się więc też obozowe rodzeństwa.

Kto się panią zajmował?

– Moją matką obozową była Stasia Łuniewska, Ślązaczka, która zostawiła w domu trójkę dzieci mniej więcej w moim wieku. Była dla mnie bardzo czuła i troskliwa. Poza tym była typem społeczniczki. Rozmawiała z więźniarkami, pocieszała je, organizowała pomoc sanitarną lub lekarską od innych osadzonych.

Siedziałyśmy w obozie cztery lata. To normalne, że tworzyły się więzy rodzinne. Kiedy dostało się w łeb albo po twarzy, potrzebne było jakieś wsparcie psychiczne.

Niemcy często bili?

– Najmniejsza niesubordynacja wywoływała agresję wśród strażniczek. Esesmanki były okrutne, panowało nawet przeświadczenie, że kobiety w tym zawodzie są gorsze od mężczyzn. Chodziły w takich wysokich butach, oficerkach, i w pelerynach. Miały pejcze i psy. Biły z pasją. W jakiś sposób mściły się na nas.

Wszystkie?

– Na ich tle wyróżniała się pozytywnie komendantka Johanna Langefeld. Po wojnie ravensbrüczankom udało się zorganizować jej ucieczkę z więzienia. Wściekłość na personel obozowy była w tym czasie tak wielka, że nie było możliwości załatwienia tego oficjalną drogą. Gdyby Langefeld wyszła z więzienia normalnie, ludzie by ją rozszarpali. Zrobiłyśmy to więc po cichu, ktoś przekupiony potajemnie otworzył jej bramę i wyszła.

JAN RUSEK

Czy w obozie była w ogóle mowa o tym, jaka będzie Polska po wojnie, czy najważniejsze było przetrwanie?

– Byłyśmy przekonane, że Polska będzie wolna. To była rzecz, dla której chciało się przeżyć. Wierzyłyśmy, że ta wojna musi się skończyć i wrócimy do domu. Były jednak momenty ciemne, bo w pierwszym okresie Niemcy przecież szli do przodu. Wielu okazji do optymizmu wtedy nie mieliśmy. Ratunkiem w Ravensbrück były obozowe rodziny, bliskie zżycie się z kimś, wspólne robienie planów na przyszłość.

Przed wojną miała pani zdawać na medycynę. W obozie utwierdziła się pani w tej decyzji?

– W Ravensbrück przekonałam się, że jedyny przydatny zawód to lekarz. Każdy inny fach w obozie stawał się kompletnie niepotrzebny. Lekarz był pomocny, nawet jeśli nie miał żadnych leków, środków sanitarnych. Samo przebadanie, rozmowa podnosiły na duchu. Może dlatego wiele kobiet, które siedziało, po wojnie kończyło medycynę.

W 1939 roku Jakub Penson, pani przyszły mąż, był ordynatorem w szpitalu na Czystem w Warszawie. Przed wojną była to jedna z najnowocześniejszych placówek w Polsce. Po utworzeniu getta Niemcy kazali stłoczyć w szpitalu setki chorych i rannych Żydów. Mąż opowiadał pani, w jakich warunkach pracował?

– Prowadził oddział chorych na tyfus. W tym czasie panowała epidemia tej choroby, wywołana wojną. W getcie było ogromne stłoczenie ludzi, panowały straszne warunki sanitarne, wszy przenosiły chorobę. Śmiertelność przy tyfusie jest niezwykle wysoka, nie ma też na niego żadnego antidotum. Wielkim osiągnięciem lekarskim było, gdy komuś z tego tyfusu udało się wyjść. Mąż opowiadał, że czasem z trudem udało się kogoś ocalić, pacjent wychodził ze szpitala i zaraz potem ginął zastrzelony przez Niemca.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Adam Michnik: Spróbujmy opowiedzieć sobie o swoich losach

W czasie wojny, w getcie, Jakub Penson prowadził badania naukowe nad tyfusem plamistym.

– To była odtrutka od tej strasznej rzeczywistości. Penson miał cały zespół młodych ludzi, studentów medycyny zamkniętych w getcie. Żeby oderwać się od ponurej rzeczywistości, zajmowali się badaniami naukowymi nad tyfusem plamistym. Wyniki zostały ogłoszone już po wojnie w „Tygodniku Lekarskim”. Były unikalne, bo epidemie tyfusu plamistego zdarzają się tylko podczas wojny.

Jak Pensonowi udało się opuścić getto?

– Wyprowadzili go przedwojenni pacjenci. Jeden z nich zaproponował, że przechowa go u siebie w domu. Penson przed wojną mieszkał w okolicy getta, był tutaj osobą bardzo znaną. Leczył masę ludzi, często wzywano go do domu do chorych. Z tego powodu trudno było go ukryć. Siedział więc w domu u swojego dawnego pacjenta, nie wychodził i równocześnie przygotowywał do matury chłopca, który mieszkał tam na stancji. Chłopak świetnie zdał maturę i z wdzięczności zaproponował, że zabierze go do swojej miejscowości, jakieś sto kilometrów pod Warszawą. Tam powiedział wszystkim, że przywiózł księdza, który ukrywa się przed Niemcami. Penson musiał się troszeczkę poduczyć do tej roli, ale był bardzo zdolny. Mieszkańcy wsi zaczęli mu przyprowadzać młode dziewczyny, które on uczył czytać modlitwy z książeczki do nabożeństwa. To był warunek konieczny, jeśli chciało się wydać córkę za mąż. I jako nauczyciel, i jako ksiądz miał ogromne powodzenie.

Poznaliście się z mężem w Łodzi. Jak znalazła się tam pani po wojnie?

– Moi rodzice musieli po wojnie wyjechać z Warszawy do Łodzi. Dotarłam tam z Ravensbrück w obozowym pasiaku. Rodzice byli zakwaterowani w Grand Hotelu. Portier nie chciał mnie wpuścić, myślał że jestem jakąś żebraczką.

Penson znalazł się również w Łodzi po wojnie, robił tutaj swoją habilitację – na podstawie badań, które prowadził w getcie.

Kiedy przyjechaliście na Wybrzeże?

– Pierwszy był tutaj Penson, w roku 1949. Ja dołączyłam dwa lata później, po zrobieniu dyplomu w Łodzi. W Gdańsku działały już w tym czasie dwie kliniki Akademii Medycznej, on dostał za zadanie organizowanie trzeciej, chorób wewnętrznych. Jego specjalnością były już wtedy choroby nerek. Klinika miała przekrój nefrologiczny, co było dość nowatorskie na tamte czasy. Penson zrobił bardzo dużo dla polskiej nefrologii.

Prof. Jakub PensonProf. Jakub Penson Fot. Archiwum rodzinne

W waszej klinice przeprowadzono pierwsze dializy nerek?

– Przed nami była chyba Warszawa, ale na pewno byliśmy w tym pionierami. Penson sprowadził też jako jeden z pierwszych do Polski z Francji sztuczną nerkę. Była przydatna w ostrej terapii, na przykład w przypadkach zatruć, gdy nerka przestawała działać. Potem Penson zaczął leczyć chorych z przewlekłą chorobą nerek – wprowadził zewnętrzne filtrowanie krwi. Wtedy to była właściwie jedyna klinika, która się czymś takim zajmowała.

Jak chorzy oceniali profesora Pensona?

– Był w bardzo dobrych, bliskich relacjach z pacjentami. Chorzy czuli jego autorytet medyczny, a jednocześnie mieli do niego pełne zaufanie. Swoją obecnością, wiedzą, budził to co najważniejsze dla chorego – nadzieję.

„Chory ma zawsze rację” – to była jedna z zasad profesora Pensona.

– Ma to głębszy sens. Chory mówi lekarzowi, co czuje. Nie można więc powiedzieć, że się myli.

Podobno tak bardzo lubił kino, że czasami wychodził z kliniki na przedpołudniowy seans.

– To chyba nieprawda, ale kino rzeczywiście kochał. W pierwszych latach po wojnie filmy były strasznie marne, polskie albo radzieckie. Mimo wszystko Penson chodził je oglądać. Mówił, że lubi patrzeć na to białe prześcieradło.

Drugi raz przystąpiła pani do konspiracji w czasach „Solidarności”. Kto był w tym czasie ważną dla pani osobą?

– Zdecydowanie Lech. Był dla mnie jak romantyczny bohater – niósł w sobie entuzjazm i pewność zwycięstwa. Jego rozumowanie było przy tym bardzo proste: my mamy, rację, więc zwyciężymy. Miał takie głębokie przekonanie. Ja długo już wtedy żyłam i wiedziałam, że nie zawsze ten, kto ma rację, zwycięża. On tego nie brał w ogóle pod uwagę.

Czym jeszcze imponował?

– Absolutną odwagą. Proszę pamiętać, że były to czasy, gdy Służba Bezpieczeństwa rozjeżdżała przeciwników samochodami. A on miał rodzinę, dzieci i nie bał się ryzykować.

Jak się poznaliście?

– Pracowałam wtedy w Szpitalu Wojewódzkim, moim asystentem był Piotr Dyk, młody absolwent medycyny i syn kolegi lekarza. Piotra nikt nie chciał przyjąć do kliniki, bo działał w opozycji. Byłam ordynatorem oddziału, więc wzięłam go do siebie. Pewnego dnia, już po strajku w Stoczni Gdańskiej, przyprowadził mi do zbadania Lecha. Weszli do mojego gabineciku na górze. Powiedziałam coś takiego: – Ja mam tremę, żeby badać taką ważną osobę. Wałęsa spojrzał na mnie i odparł: – Jak pani będzie w jakiejś tremie, to źle mnie pani zbada. Postanowiłam więc zbadać go dobrze. I tak żeśmy się zaprzyjaźnili.

DAMIAN KRAMSKI

Uczyła pani młodszych od siebie konspiracji?

– Sami do wszystkiego dochodzili. Przez pewien czas konspirowaliśmy wspólnie. W stanie wojennym Piotr Dyk i jego koledzy, którzy musieli się ukrywać, sprowadzili się do mnie. Miałam trzypokojowe mieszkanie na ulicy Tuwima, przy Akademii Medycznej, i byłam w nim sama – mąż zmarł, córka wyjechała za granicę. Przechowywaliśmy też ludzi w szpitalu, na moim oddziale i na zaprzyjaźnionej chirurgii.

Miałam też w tym czasie kontakty z francuskimi lekarzami, którzy przyjeżdżali do Polski i przywozili leki dla mojego szpitala. Pomagała nam organizacja Lekarze Świata, z którą byłam zaprzyjaźniona od stanu wojennego. Pewnego razu jedna z francuskich lekarek przeszła się po korytarzu mojego oddziału. Chorzy leżeli wzdłuż ścian, na łóżkach polowych, z których kołdry zwisały na ziemię. Francuzka zemdlała w połowie korytarza, musieliśmy ją ratować.

Wierzyła pani w tym czasie, że opozycja odniesie sukces i PRL się rozpadnie?

– Nie do końca wierzyłam, że to się uda. Struktury władzy były bardzo mocno osadzone, a konspiracja nie zawsze się udawała. Miałam też wątpliwości z powodu silnej pozycji ościennego mocarstwa, czyli ZSRR. Siły były bardzo nierówne. Trudno było o nadzieję na pełne zwycięstwo.

Dzisiaj najbardziej martwię się tym, że jesteśmy tacy podzieleni. Jak pani myśli, czy wśród ludzi jest naprawdę taki wielki hejt na Wałęsę? Przecież bez niego to wszystko by się nie udało.

* Prof. Joanna Muszkowska-Penson – w czasie II wojny światowej łączniczka Związku Walki Zbrojnej, więźniarka Pawiaka, osadzona w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück. Po wojnie lekarka, działaczka opozycji. W latach 80. była osobistym lekarzem i tłumaczem Lecha Wałęsy. Aresztowana w PRL za kolportaż podziemnych wydawnictw – petycję o jej uwolnienie podpisało kilka tysięcy osób. Brała udział w organizowaniu pierwszego w Polsce domowego hospicjum Pallotinum. Do dziś pracuje w biurze Lecha Wałęsy. 29 marca rada miasta w Gdańsku będzie głosowała nad uchwałą w sprawie nadania prof. Penson tytułu Honorowej Obywatelki.

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format”, oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto