Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]


"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Flanelowe koszule i trapery

Nie jest łatwo opowiedzieć o kimś ważnym na stulecie niepodległości. I nie jest łatwo taką osobę wybrać. Miałem to wielkie szczęście, że znałem Ryszarda Kapuścińskiego, przyjaźniłem się z Jackiem Kuroniem, poznałem Marka Edelmana. To ludzie wielcy i powszechnie znani. O ich zasługach dla Polski napisano mnóstwo tekstów i zapewne jeszcze wiele zostanie napisanych.

Dlatego opowiem o kimś mniej znanym, ale bardzo dla mnie (i nie tylko dla mnie) ważnym. O kimś, komu zawdzięczam w dużej mierze to, jak patrzę na Polskę, i dzięki komu bardzo kocham mój kraj takim, jakim jest. Opowiem wam o Lechosławie Herzu, moim Wujku.

Tak naprawdę nie jesteśmy rodziną, choć trudno mi sobie wyobrazić bardziej pokrewną duszę. Jest za to prawdziwym wujkiem Magdaleny Rejnert, z którą chodziłem w latach 80. ubiegłego wieku do jednej klasy w Szkole Podstawowej nr 194 na warszawskim Żoliborzu. Magda opowiadała, jak jej wujek zabiera ją na wycieczki, na których widziała łosie, gęsi, bataliony. Że włóczy się po dzikich lasach i bagnach. Mnie zżerała zazdrość. Pewnie, że chodziłem z tatą po lasach, zbieraliśmy grzyby, w górach spotykaliśmy salamandry, mieliśmy masę przygód, ale żeby łosie i bataliony spotykać? Stworzenia znane mi tylko z filmów przyrodniczych i książek Puchalskiego? Takich atrakcji to ja nie miałem. Za to, nie pamiętam od kiedy, miałem absolutnego bzika na punkcie zwierząt oraz przyrody i uważałem za wielką niesprawiedliwość, że Magda chodzi na takie wycieczki z Wujkiem, a ja nie.

Szybko się jednak okazało, że Magda bardzo chętnie podzieli się swoim wujkiem i jego wycieczkami i tak pewnego ranka tata odprowadził mnie na przystanek autobusowy na obecnym placu Wilsona, wówczas Komuny Paryskiej, przy którym mieszkaliśmy i z którego startowały autobusy jadące do Puszczy Kampinoskiej. Na przystanku czekała już grupka ludzi w średnim wieku i parę znajomych dzieciaków, w tym Magda. Jak przystało na turystów z tamtych czasów, ubrani byli we flanelowe koszule, kurtki z kangurzą kieszenią z przodu, a obuci w solidne trapery.

PRZECZYTAJ TAKŻE: O OŚRODKU "BRAMA GRODZKA - TEATR NN"

Wujek z teatru

Między tymi dość spokojnymi ludźmi uwijał się z ogromną energią człowiek w kangurce. To był właśnie Lechosław Herz, czyli Wujek. Niezbyt wysoki, ale żwawy, non stop coś mówiący i gestykulujący. Mówił bardzo pięknie. Tak pięknie, że stałem z rozdziawioną gębą, bo nigdy nie słyszałem wcześniej kogoś, kto opowiadałby coś z taką dykcją, elokwencją i sypał tyloma ciekawostkami. Dopiero wiele lat później dotarło do mnie, że jest też inna ważna część Wujka, czyli aktorstwo. Wujek Herz z wykształcenia i zawodu jest aktorem. Głównie teatralnym, związanym najdłużej z Teatrem Dramatycznym, ale można go było zobaczyć też w telewizyjnych serialach, takich jak „Zmiennicy” albo „13 posterunek”. To aktorstwo wujka dotarło do mnie późno i było zaskoczeniem, bo bardziej kojarzył mi się z piaszczystymi mazowieckimi drogami i błotem Puszczy Kampinoskiej niż z deskami teatru.

Bo dla mnie najważniejsze jest to, jaki świat pokazał mi Wujek Herz i co nadal pokazuje bardzo wielu ludziom. To świat absolutnie niezwykły i magiczny. I wcale nie dlatego mi się taki wydawał, że w latach 80. na pierwszy rzut oka było mało zachwycających rzeczy. To, co pokazuje Wujek, będzie zawsze zapierało dech w piersiach, bo on pokazuje rzeczy niespotykane i nieoczekiwane.

Nigdy z Wujkiem nie wybrałem się na dalszą wycieczkę niż taka, której głównym środkiem transportu był podmiejski autobus albo pociąg. Zawsze ruszaliśmy w okolice Warszawy, w sam środek naszego kraju, polski interior, czyli coś płaskiego i tak nudnego z pozoru, że aż bolą zęby. Józef Piłsudski mawiał, że Polska przypomina obwarzanek, bo wszystko, co wartościowe, znajdziemy na Kresach, a pośrodku nic. Na pierwszy rzut oka to prawda, bo przecież nawet dziś na północy mamy mazurskie jeziora, plaże, wydmy i Bałtyk, na południu Tatry i Bieszczady, na wschodzie Puszczę Białowieską i Bagna Biebrzańskie, na zachodzie Ujście Warty, a w środku co? Grójec?

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wędrówki mazowieckie, Herz, Lechosław

Tymczasem Wujek, choć urodzony w Krakowie, czyli, jak sam o sobie mówi, z pochodzenia Galicjusz, ten z pozoru nudny i pusty środek wypełniał niezwykłościami. Pamiętam jedną z pierwszych naszych wycieczek, którą oczywiście zaczęliśmy na placu Wilsona, wówczas Komuny Paryskiej. Później jechaliśmy żółto-niebieskim pociągiem podmiejskim po to, by znaleźć się na jakiejś dziwnej wsi lub w miasteczku, które dawno straciło prawa miejskie, przez które Wujek nas przeciągnął, opowiadając a to o kościele neogotyckim, a to o zapuszczonym parku przy pałacu, którego już nie ma, po czym idąc przez błoto i absolutny bałagan składający się z zardzewiałych maszyn rolniczych, dziurawych wiader i misek oraz porzuconych opon, znaleźliśmy się na tyłach przykrytej eternitem obory, z której odpadał tynk. Za nią stało drzewo: wielka jak baobab topola. Rozgałęziona fantastycznie, z wielkim pniem pokrytym korą z głębokimi bruzdami. – Przedstawiam wam najgrubsze drzewo w Polsce – powiedział Wujek. Tak to zapamiętałem, choć być może chodziło o jedno z najgrubszych naszych drzew. Do dziś nie mam pojęcia, gdzie to było. Wujek zapewne wie, ale nie chciałem dzwonić do niego w tej sprawie, gdyż ten tekst ma być niespodzianką.

Takich niezapomnianych wycieczek było więcej. Pewnego dnia zabrał nas na rozlewiska w okolicach Pomiechówka, na których akurat wtedy wczesną wiosną kłębiło się od gęsi i żurawi, wówczas bardzo rzadkich. Albo gdy w tych samych okolicach zobaczyłem kolonię czapli, w której mieszkało też parę kormoranów. Czaple przepychały się między sobą, a na ich i kormoranów jaja czatowały wrony. Albo gdy ruszyliśmy przed nocą gdzieś na południowy zachód Puszczy Kampinoskiej, by zaczaić się na bobry, które wtedy były niezwykłą rzadkością. Siedzieliśmy trochę przemarznięci, w bezruchu, nieco śmierdziało, bo obok uchodziły ścieki z wypoczynkowego ośrodka dziennikarskiego znajdującego się wówczas w pałacyku w Zaborowie, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek gdzieś się czaił z większym skupieniem i nabożeństwem. Obserwacja polegała na tym, że jakiś cień przepłynął, tnąc lustro wody, a później coś potężnie plusnęło. Tak spotkałem pierwszego w życiu bobra.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Stanisław Hejmowski. Kontrole i nagonka w prasie zniszczyły go psychicznie. Postępująca izolacja zrujnowała mu zdrowie

Dzięki Wujkowi zobaczyłem kłębiska żmij i zaskrońców w rezerwacie Cichowąż w Kampinoskim Parku Narodowym, gdzie czułem się jak w dżungli. Nauczyłem się, że łoś w czasie bukowiska (okres godowy) stęka cichutko i delikatnie. Dzięki wioskom i cmentarzom mennonickim na północy Puszczy Kampinoskiej zrozumiałem, że w Polsce, i to w samym jej centrum, nie mieszkali tylko Polacy. Wycieczki z Wujkiem, do którego właśnie z czasem zacząłem tak mówić, były wyprawami po skarby przyrodnicze, kulturowe i historyczne, a to wszystko w jego opowieściach się przeplatało i wiązało albo i nie przeplatało, i nie wiązało. Wystarczyło, że jedno było obok drugiego. Wujek może przeskoczyć od larwy mrówkolwa troszczącej się o swój lejek w piaszczystej wydmie, który jest śmiertelną pułapką na mrówki, do krzyża powstańczego z 1863 roku i opowieści, jaka to partia stoczyła tu potyczkę z kozakami.

Od Wujka Herza dostałem jedną z najpiękniejszych polskości w prezencie – opartą na wrażliwości i szperaniu w bliskim krajobrazie, w miejscach bardzo znanych i na pozór niezaskakujących. Dzięki Wujkowi wiem, że nie liczy się to, jak daleko podróżujemy, tylko na ile mamy otwarte głowy, serce i oczy. Dzięki niemu mogłem później ruszyć w podróż z innymi mistrzami, którzy pokazali mi świat trochę dalszy.

Wiem, że urodzony w 1935 roku Wujek wciąż przemierza ukochane Mazowsze. I się nim dzieli. Kiedyś wyznaczał szlaki i wyszło mu ich aż 2000 km! Bardzo często, idąc mazowieckim szlakiem, idzie się właśnie za Wujkiem Herzem.

Wujek zrobił naprawdę wiele dla ochrony przyrody, ale chyba najważniejsze, że również pisze. I to pięknie. Nieważne, czy to na pierwszy rzut oka suchy przewodnik, czy pięknie wydana „Wardęga. Opowieści z pobocza drogi”. W „Pod ożywczym drzew cieniem...” płynnie przechodzi od opowieści o kolorowych kraskach, ptakach już wymierających, do Traktu Napoleońskiego, którego część była ponoć drogą pradawną i szlakiem handlowym z Rusi Kijowskiej do Gdańska. Czyż nie jest piękne zdanie: „Po zachodniej stronie Babiej Łąki w Debłach rozsiadł się wydmowy rogalik Nartowej Góry”?

Z jego książek dowiecie się, że nazwa Urle, która z niczym wam się nie kojarzyła poza tym, że to uzdrowisko, oznacza miejsce „niskie, bagienne”. Albo zrozumiecie, że Truskaw, miejscowość, od której zaczęliście dziesiątki wycieczek rowerowych po Puszczy Kampinoskiej, owszem, pochodzi od truskawki, czyli poziomki, co jest oczywiste. Ale słowo to oznacza kruchość i łamliwość, typową nie tylko dla poziomek. Kiedyś podążano za „lekkim truskiem liścia”. Czy to nie piękne? Truskające liście i łodygi!

PRZECZYTAJ TAKŻE: "Szanowne panie posełki!". Kim były pierwsze kobiety w polskim parlamencie?

Idźcie koniecznie za Wujkiem Herzem. „Zadziwiające bywa Mazowsze – napisał. - W poszukiwaniu wrażeń i przeżyć nadzwyczajnych podróżujemy daleko, a tymczasem z egzotyką spotkać się możemy niekiedy o krok od nas”.

Za to Ci, Wujku, dziękuję!