Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Wchodząc do auli w gmachu głównym Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu, trzeba przejść obok jego popiersia i spojrzeć mu w oczy, bo postument jest niski. Na podstawie tylko imię i nazwisko: ”Mieczysław Gębarowicz” oraz daty: „1943-1946”, gdy był dyrektorem Ossolineum, i ”1893-1984” – lata życia. Pierwsza myśl: 91 lat, nieźle.

Profesor kustosz

Człowiek z postumentu to ostatni polski dyrektor Ossolineum we Lwowie, legenda. Ale popiersie pojawiło się przed aulą dopiero w nowej Polsce, w 1994 r. To akurat nie dziwiło, w PRL pamięć o Lwowie była reglamentowana. Mogło dziwić, że Gębarowicz nie przyjechał w 1946 r. do Wrocławia ze zbiorami Ossolineum. Został do końca życia we Lwowie, który znalazł się w granicach ZSRR jako część Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W mieszkaniu przy ulicy Senatorskiej 9, która zmieniła teraz patrona na Nikołaja Dobrolubowa, rosyjskiego krytyka i publicystę.

Do wybuchu wojny osiągnął w nauce wszystko, co było możliwe. W 1921 r. został doktorem na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Studia, które rozpoczął w 1912 r., przerwał wybuch wojny. Wziął udział, jak wielu z jego pokolenia, w obronie Lwowa przed oddziałami ukraińskimi, po której pamiątką jest cmentarz Orląt na Łyczakowie. W 1922 r. zaczął pracę jako bibliotekarz w Muzeum Książąt Lubomirskich będącym częścią ZNiO. W „Autobiografii” wspominał wizytę w muzeum kilkanaście lat wcześniej i wrażenie, jakie zrobiło na gimnazjaliście nagromadzenie tysięcy historycznych pamiątek i obrazów oraz siedzący przed wejściem na ławce staruszek. To Edward Pawłowicz, kustosz muzeum. Już w domu chłopiec ogłosił rodzicom, że też chce zostać kustoszem, co tak rozbawiło matkę, że długo w ten sposób go nazywała.

Ale gdy w 1923 r. Pawłowicz umiera, Gębarowicz naprawdę zostaje kustoszem Muzeum Lubomirskich. W 1928 r. habilituje się, a osiem lat później zostaje profesorem. Wykłada historię sztuki na Wydziale Architektury Politechniki Lwowskiej. W latach 20. i 30. dużo publikuje, m.in. podręcznik historii sztuki średniowiecznej, z którego studenci uczą się jeszcze po wojnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jak przesiedlić kulturę pozostawioną na Kresach

Dwie okupacje

W 1939 r. po zajęciu Lwowa przez Sowietów Gębarowicz zostaje bibliotekarzem w filii Biblioteki Akademii Nauk Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, jak się teraz nazywa Ossolineum. Widzi, jak rozparcelowywane jest Muzeum Lubomirskich. Obrazy dzielone są między muzea lwowskie, część z nich znika. NKWD rekwiruje złote i srebrne kosztowności składane w depozycie przez arystokrację po wrześniu 1939 r. To wtedy przedstawiciel rodziny Tarnowskich z Dzikowa przywozi do Ossolineum rękopis „Pana Tadeusza”.

Po zmianie okupanta w lipcu 1941 r. Niemcy mianują Gębarowicza komisarycznym kierownikiem II Oddziału Staatsbibliothek Lemberg (Państwowej Biblioteki Lwów), w skład którego wchodzą zbiory Biblioteki ZNiO, biblioteki uniwersyteckiej oraz Biblioteki Baworowskich. W tajemnicy kurator Ossolineum, książę Andrzej Lubomirski, mianuje Gębarowicza dyrektorem zakładu, co ma znaczenie wyłącznie symboliczne.

Gębarowicz nie wstępuje do Armii Krajowej. Dwa lata przed śmiercią mówił prof. Stanisławowi S. Niciei, że nie miał natury konspiratora, a ważniejsza była skuteczność.

– To, co mogłem zdziałać w szeregach AK, było na pewno nieporównywalnie mniejsze niż to, co mogłem zrobić w obronie Ossolineum – tłumaczył.

Podczas wojny do zakładu napływają kolejne zbiory. Pilnuje ich inwentaryzacji i konserwacji. Kiedy po zajęciu przez Niemców UJK zagrożona jest biblioteka uniwersytecka, pracownicy Ossolineum własnymi rękami przenoszą do zakładu 100 tys. książek.

PRZECZYTAJ TAKŻE: List gończy za skarbami z Breslau. Muzeum Narodowe szuka zaginionych dzieł sztuki

Wielka ewakuacja

W 1944 r., gdy zbliża się front, Niemcy nakazują ewakuację zbiorów lwowskich bibliotek do Krakowa. Instrukcje dotyczą głównie literatury niemieckiej, ale nadzorujący pakowanie Gębarowicz każe włożyć do skrzyń najcenniejsze obiekty z ossolińskich zbiorów. Boi się, że zostaną zniszczone podczas bombardowania. Prosi przedwojennego dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej Edwarda Kuntzego o opiekę nad przesyłką. W liście tłumaczy, dlaczego nie chce ukryć zbiorów w prywatnych majątkach: Wolę najgorszy schowek w instytucji publicznej, w której zawsze pozostaną jakieś ślady i podstawy do rewindykacji, aniżeli pozornie bezpieczne mieszkanie prywatne.

Ze Lwowa wyjeżdża ok. 2,3 tys. rękopisów, wśród nich autografy dzieł Słowackiego, Fredry, Reymonta, Sienkiewicza i Mickiewicza (w tym „Pan Tadeusz”). Ponadto 2,4 tys. głównie polskich rysunków i rycin oraz kilkaset numizmatów. Po wojnie staną się podstawą kolekcji wrocławskiego Ossolineum.

Prywatnymi kanałami wysyła do Krakowa kilkadziesiąt rysunków ze zbiorów Muzeum Lubomirskich, m.in. szkice Rembrandta. Trafiły do depozytu w Muzeum Narodowym.

Gębarowicz mógł się obawiać, że podzielą los kolekcji rysunków Albrechta Dürera wywiezionej przez Niemców w 1941 r. Po wojnie Amerykanie oddali przejętą kolekcję jednemu z Lubomirskich, który mimo protestów członków rodziny podzielił ją i rozprzedał. We Wrocławiu jest dziś tylko jeden rysunek Dürera.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tur, łoś i bóbr wracają do biblioteki

Walczę na wszystkie strony i tnę jak osa

Po zajęciu Lwowa przez Sowietów część mieszkańców ma nadzieję, że miasto wróci do Polski, choć po konferencji w Jałcie szanse na to są małe. Zapada decyzja o wywiezieniu zbiorów Ossolineum do Polski, ale Ukraińcy zgadzają się oddać wyłącznie materiały związane z historią Polski. I to oni decydują które.

W listach Gębarowicza z tego okresu widać miotanie się człowieka, który próbuje ratować jak najwięcej, mając świadomość, że nie ma wsparcia ze strony powstającej Polski Ludowej. Chce, by nowy rząd ogłosił, że zbiory Ossolineum są jego własnością, ale oczywiście nic takiego nie następuje. Nalega, żeby chociaż nie przyjmować „śmieci”, które chcą „podarować” Polsce Ukraińcy. Jeśli mowa o ” darze” od narodu ukraińskiego, to albo całość, albo nic. Społeczeństwo polskie nie zadowoli się żadnym ochłapem – pisze w czerwcu 1945 r. do przyjaciela, też pracownika lwowskiego ZNiO, Tadeusza Mańkowskiego.

Boi się także o to, żeby zbiory Ossolineum nie zostały w Polsce podzielone między biblioteki chcące uzupełnić utracone w czasie wojny zasoby. Bo wtedy odrodzenie zakładu będzie trudniejsze. Widzi jego siedzibę w Krakowie, ale kiedy zapada decyzja o lokalizacji we Wrocławiu, zabiera się do pakowania zbiorów. Na tyle, na ile to możliwe, bo Ukraińcy odsuwają Polaków od decyzji.

Chcą „podarować” narodowi polskiemu tylko 30 tys. książek, mniej niż 10 proc. ossolińskich zbiorów. Gębarowicz walczy, by tę pulę zwiększyć. Znowu nieprawdopodobne awantury i nieprzyjemności w związku z tem, aż do zarzutu sabotażu z mej strony, walczę na wszystkie strony i tnę jak osa – pisze do Mańkowskiego w grudniu 1945 r. Cztery miesiące później w liście do prof. Franciszka Bujaka doda, że w sprawie „daru” zapadła głucha cisza. Trwa wojna nerwów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Oddajcie nam Sobieskiego

Bo w Zakopanem był Lenin

Składa w Polskim Urzędzie Repatriacyjnym raport o dzieleniu zbiorów. Prosi o działania dyplomatyczne podkreślające wagę zasobów Ossolineum dla polskiej kultury. Bez skutku. Polacy do komisji decydującej o zbiorach nie zostają dopuszczeni – dzielenie ma nie być rewindykacją, tylko „wspaniałomyślnym darem narodu ukraińskiego”. Komisja za podstawę podziału przyjmuje tzw. zasadę terytorialności. Wszystko, co powstało na terenie ZSRR – oczywiście według granicy wytyczonej po wojnie – zostaje we Lwowie. Oznacza to, że z listy wypadają wszystkie książki wydane we Lwowie, w Wilnie, Królewcu, Grodnie. W przypadku dzieł sztuki obowiązują dodatkowe kryteria: „Widoku Zakopanego” pędzla Jana Stanisławskiego nie można oddać, bo był tam Lenin. Rzeźba Xawerego Dunikowskiego, obrazy Olgi Boznańskiej, Jacka Malczewskiego czy rysunki Stanisława Wyspiańskiego zostają, żeby we Lwowie odpowiednio reprezentowana była sztuka „najbliższego sąsiada Ukrainy”.

Obraz „Dzieci” Jana Matejki zatrzymano z uzasadnieniem, że jest „za ładny” na prezent.

Mimo to z pierwotnie planowanych do zwrotu 30 tys. książek udaje się poszerzyć listę do 150 tys. tomów. W lipcu 1946 r. przyjeżdżają do Wrocławia 7083 rękopisy, 35 565 starodruków i 107 397 druków z XIX i XX w. Kolejny transport, tym razem ok. 67 tys. książek, nadszedł w marcu następnego roku. To dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego – brzmi oficjalny komunikat. W sumie do Wrocławia przewieziono blisko 30 proc. przedwojennych zbiorów Biblioteki Ossolineum. We Lwowie zostaje m.in. największy w Polsce zbiór prasy. Gębarowicz przygotowuje do wywiezienia do Wrocławia także „Panoramę Racławicką”, ale zanim obraz zawiśnie w specjalnej rotundzie, upłynie 40 lat.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kłopotliwa panorama

Dla mnie wyboru nie ma

Przełom 1945/46 r. to dla Polaków we Lwowie czas wyboru. Kolejne rodziny wyjeżdżają „dobrowolnie”. Do Wrocławia, Bytomia, Gliwic, Opola. Wielu przychodzi do mieszkania na Senatorskiej. Zagubieni, niepewni, niezdecydowani, wspomina w „Autobiografii” Gębarowicz. Pytają, co robić. Odpowiada, że każdy lwowianin powinien pójść do parku Stryjskiego i tam spacerować tak długo, aż będzie wiedział na pewno, co zrobić.

Odrzuca kolejne propozycje z Polski. Objęcia dyrekcji Muzeum Narodowego w Krakowie albo katedry historii sztuki na uniwersytetach w Toruniu i Wrocławiu. Od początku wiedziałem, że dla mnie wyboru nie ma – napisze w „Autobiografii”. Decyzję ułatwia brak rodziny: Nikogo moja decyzja nie krępowała ani nie narażała. Pozostanie wiąże się z narzuconym obywatelstwem ZSRR.

Uniwersytet Jana Kazimierza ma już nowego patrona – ukraińskiego poetę Iwana Frankę. Ossolineum zmieniło nazwę, teraz to Lwowska Narodowa Naukowa Biblioteka Ukrainy im. Wasyla Stefanyka. Senatorska staje się ulicą Dobrolubowa. Po opuszczeniu Lwowa przez większość dawnych mieszkańców w mieście zostaje jeszcze kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Taką samą decyzję jak Gębarowicz podejmuje kilkunastu profesorów Uniwersytetu Lwowskiego i Politechniki Lwowskiej i grupa pracowników Ossolineum.

Przez pierwsze miesiące mogło mu się wydawać, że będzie normalnie pracować. W 1946 r. zostaje nawet zastępcą kierownika Katedry Teorii i Historii Sztuki Uniwersytetu im. Franki, ale klimat szybko się zmienia. Kontakty z Polską, nawet korespondencyjne, są coraz trudniejsze. W 1950 r. zostaje zwolniony jako element politycznie niepewny, żywioł niepożądany – napisze. Ktoś nawet rozpuszcza plotkę, że jest delegatem rządu londyńskiego na Lwów, co w czasach stalinowskich brzmi groźnie. Dostaje etat zwykłego bibliotekarza w Ukraińskiej Akademii Nauk. Po roku przedwojenny profesor Gębarowicz zostaje młodszym pracownikiem naukowym (po polsku: asystentem) najpierw w Oddziale Nauki o Sztuce, a później w Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego Akademii Nauk.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Zrabowany XV-wieczny rękopis wraca do Polski. I ty możesz pomóc odzyskać skradzione dzieła sztuki

Człowiek bez zasad

W 1956 r. rozpoczyna się druga repatriacja Polaków z Kresów. Większość spośród tych, którzy dziesięć lat wcześniej zdecydowali się trwać we Lwowie, teraz wyjeżdża. Pewnie nie potrzebują nawet spaceru po parku Stryjskim. Gębarowicz pozostaje. W „Autobiografii” już tej decyzji nie tłumaczy.

W 1961 r. otrzymuje tytuł kandydata nauk (po polsku: doktora) bez obowiązku bronienia dysertacji. Rok później zostaje odesłany na emeryturę. Z uzasadnieniem, że brakuje mu zasad potrzebnych do pracy naukowej. Chodzi o monografię historii rzeźby na terenach należących od 1945 r. do ZSRR, którą złożył dwa lata wcześniej do druku w Ukraińskiej Akademii Nauk. Została odrzucona, bo napisał ją z pozycji polskiej nacjonalno-burżuazyjnej nauki. Książka ukazuje się w Polsce nakładem toruńskiego Towarzystwa Naukowego jako „Studia nad dziejami kultury artystycznej późnego renesansu w Polsce”. Słowa „w Polsce” dopisuje wydawca. Ukraińscy zwierzchnicy Gębarowicza dochodzą do wniosku, że ktoś, kto te same rzeźby raz przypisuje Ukrainie, a innym razem Polsce, nie ma zasad. A poza tym wydaje w Polsce antyukraińską książkę, którą napisał za ukraińskie pieniądze.

Dodatkową karą jest pozbawienie dostępu do archiwów w macierzystej bibliotece. Ma przeciwko sobie władze, ale odwraca się od niego także część co przezorniejszych osób prywatnych, które wolą trzymać się w rezerwie – pisze. Jest skazany na notatki i materiały, które zgromadził, oraz zbiory Centralnego Archiwum Historycznego i bibliotekę uniwersytecką, których zakaz nie obejmuje. Mimo to pisze, kolejne prace ukazują się we Wrocławiu i w Toruniu.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Karol Estreicher. Tropiciel zrabowanych skarbów

Co słychać na zachodzie?

Na emeryturze pełni we Lwowie funkcję nieoficjalnej polskiej placówki naukowej. Ułatwia kontakty, pomaga polskim badaczom w staraniach o przepustkę do archiwów, wykonuje kopie lub przepisuje dokumenty, do których ma dostęp. W rewanżu Polacy zabierają do kraju fragmenty zbiorów i kolekcji, w tym ossolińskich, ukrytych w czasie okupacji w znanych tylko Gębarowiczowi schowkach: zbiory graficzne, numizmaty, rękopisy, pamiątki. Nie wszystkie trafiają do Wrocławia. Kilku pośredników uznaje, że dostało je w prezencie. Jeden je sprzedaje, drugi próbuje wywieźć za granicę.

Przyjeżdżających Polaków Gębarowicz wypytuje, co słychać „na zachodzie”. Nigdy nie pytał, co słychać „w Polsce” – tak wspominał swoją rozmowę z Gębarowiczem Witold Szolginia, autor książek o Lwowie. Uważa, że nigdy z Polski nie wyjechał, dalej w Polsce żyje i pracuje, starając się ratować to, co możliwe. Szolginia opisuje remont Baszty Prochowej na lwowskich Wałach Gubernatorskich. Kiedy robotnicy zrzucają na bruk zabytkowe ceramiczne dachówki, Gębarowicz zbiera skrupulatnie potłuczone skorupy.

Do nowej Polski przyjeżdża po raz pierwszy w 1957 r. Pojawia się pomysł, by został dyrektorem Ossolineum we Wrocławiu, ale odmawia. Pytany o losy zbiorów, które zostały we Lwowie, mówi, że należy się domagać na jak najwyższym szczeblu zwrotu całości, ale nie daje nadziei, że się uda. Trzeba wyłączyć z myślenia tak przestarzałe kategorie jak logika, prawda i sprawiedliwość, a przede wszystkim pozbyć się złudzeń co do istnienia dobrej woli – pisze w jednym z listów.

Przyjeżdża do Polski jeszcze kilkukrotnie – w 1967 r. na obchody jubileuszu 150-lecia Zakładu im. Ossolińskich. Ale podczas oficjalnych wydarzeń jego obecność zostaje pominięta. W księdze pamiątkowej pisze, że likwidacja Muzeum Lubomirskich pozostawiła bolesną bliznę. Więcej nie może.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Sztuka zrabowana. Wojenne trofea Niemców i Rosjan

Nie uważam się za bankruta

Nazwisko Gębarowicz w Polsce pojawia się tylko w naukowych periodykach poświęconych historii sztuki, ale nawet tam o jego związkach ze Lwowem, zwłaszcza powojennym, pisze się niewiele. W 1972 r. ukazuje się wydany przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki poświęcony Gębarowiczowi tom referatów „Funkcja dzieła sztuki”. Prawdziwą ekwilibrystyką, podyktowaną wymogami cenzury, był artykuł biograficzny omawiający sylwetkę Gębarowicza – ocenił biograf Maciej Matwijów. Autor, Stanisław Lorentz, słowem nie wspomina, gdzie bohater artykułu mieszka i pracuje.

W 1970 r. dostaje medal za zasługi dla rozwoju Ossolineum, jedyny, który ma dla niego Polska Ludowa. Próby nadania mu przez Uniwersytet Wrocławski doktoratu honoris causa w latach 70. nie wychodzą nawet poza mury uczelni. Przy drugim podejściu, po sierpniu 1980 r., wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, ale zaczyna się stan wojenny.

W lutym i marcu 1981 r. pisze na zamówienie Instytutu Historii PAN „Autobiografię”, która miała się znaleźć w tomie autobiografii najwybitniejszych polskich uczonych. Książka się nie ukazuje, ale tekst publikuje rok później katolicki „Znak”. W Polsce trwa stan wojenny, a cenzura każe wykreślić fragment o powodach odesłania Gębarowicza na emeryturę i słowa o żalu za światem, który padł ofiarą socjalistycznego „postępu”. Pozostał po nim obraz sprofanowanej świątyni sterczącej wśród ruin, przykrytych popiołem krzywd, wszelkiej nieprawości i upodlenia. Jej spękane i rozsypujące się mury zieją dziś pustką, zabrakło im bowiem duszy – pisze Gębarowicz. Zamiast tych słów w druku pojawia się znak [––––] i informacja o odpowiednim artykule ustawy o kontroli publikacji i widowisk.

Przechodzą przez cenzurę słowa, że nigdy nie skorzystał z możliwości wygodnego życia, gdy cena tej wygody była zbyt wysoka. Dlatego ponosi pełną odpowiedzialność za to, jak potoczyło się jego życie, i niczego nie żałuje. Chociaż straciłem wszystkie zdobyte pracą tytuły i stanowiska, nie uważam się za bankruta – napisał.

Zostaje pochowany na cmentarzu Łyczakowskim, w grobowcu rodziny Klamutów.

„Nie/zapomniana historia”

Pod koniec lutego 2018 r. w Auli im. Mieczysława Gębarowicza otwarta została wystawa obrazów pochodzących z Muzeum Lubomirskich, które dziś należą do Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki we Lwowie – „Nie/zapomniana historia”. Na ścianach zawisły 64 płótna spośród 1,5 tys., które należały do muzeum, m.in.: Józefa Brandta, Juliana Fałata, Leona Wyczółkowskiego, Henryka Rodakowskiego, Kossaków. Obrazy, które zachwyciły Gębarowicza, gdy jako gimnazjalista pierwszy raz odwiedził muzeum. Po latach znów każdy z wchodzących na wystawę z kolekcji Lubormirskich musi spojrzeć w oczy jej lwowskiemu kustoszowi.

Korzystałem m.in. z: M. Gębarowicz „Autobiografia. Jeden żywot w służbie nauki”, „Znak” nr 5/1982, M. Matwijów „Mieczysław Gębarowicz (1893-1984)”, S.S. Nicieja „Papież Polonii lwowskiej”, „Przegląd Humanistyczny” nr 12/1987, W. Szolginia „Tamten Lwów. Arcylwowianie” oraz artykułów opublikowanych w poświęconym w całości M. Gębarowiczowi „Czasopiśmie ZNiO” nr 4/1994