Józefa, nieprzytomna z bólu, prosi o nożyce. Leży w gorączce, ma drgawki. Spomiędzy szeroko rozłożonych nóg wypływa krew i szara masa łożyska. Mąż przeciera niedbale krawieckie nożyce, Józefa odcina noworodkowi dodatkowy, szósty palec i wrzuca go do pieca. Jest upalny suchy lipiec. Urodziła się Antonina.

Kiedy rana się zrosła, nie można było poznać, że za najmniejszym palcem było coś jeszcze. 70 lat później i 1200 kilometrów dalej Antonina często pocierała to miejsce, nieistniejącą część siebie.

Nie jestem pewna, do jakiego porządku należy ta opowieść: prawdy czy baśni. Słuchałam przerażona, a ona śmiała się, jakby chciała powiedzieć: „To naprawdę nie jest najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić człowiekowi”. Antonina była jak postać z baśni. Mrocznej, fantastycznej baśni, która zaczyna się w miejscu, którego nie ma na mapie. A kończy się w Radomiu, który bez wątpienia na mapie jest.

Koronka, „Moda na sukces”

O piętnastej była Koronka do miłosierdzia Bożego. Poświęcona tajemnicy Bożego miłosierdzia, miała dla niej mistyczne znaczenie, jakby Antonina grzeszyła całe życie. Ja nie pamiętam jej grzeszącej. O piętnastej wracałam ze szkoły, mówiła: zajdź do mnie. Bardzo lubiłam te dziesięć minut, przejmującą frazę: dla jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego. Pocierałyśmy gorliwie paciorki niebieskiego różańca. Nie wiem, jaka była jej religijność, wtedy jeszcze nie potrafiłam tego poznać. Moja zniknęła, lecz to Antonina zadbała, żebym znała i rozumiała zapach każdego święta. Na lata odłożyłam wiedzę, które święto jest dla ziemi, a które dla nieba, które pozwala spokojne spać w nocy, a któremu zawdzięczamy dobrą pogodę. Wszystko prawie po chrześcijańsku.

Teraz znajomość tych praw powraca, bo i ja pojęłam, że nie trzeba wierzyć, by dostrzec w tym kojące piękno.

O 15 była koronka, o 15.40 „Moda na sukces”. Antonina dobrze radziła sobie z fabularnymi zwrotami akcji, ja oglądałam już wtedy filmy von Triera, Lyncha i Tarantino. Ale razem z nią kibicowałam Ridge’owi Forresterowi i Taylor, wstydząc się trochę.

O 15 była koronka, o 15.40 „Moda na sukces”, o 16.30 pytała o moje sny z poprzedniej nocy. Potrafiła odkrywać ich znaczenie. Mama też próbowała to robić, a teraz próbuję ja, stając się wiedźmą jak Antonina. Wiedźma to przecież ta, która wie, ale ja wtedy nic nie wiedziałam. Poznałam ją powierzchownie, może dlatego nie pamiętam jej wad.

O 15 była koronka, o 15.40 „Moda na sukces”, o 16.30 pytała mnie, co mi się śniło, o 17 szydełkowała. Robiła poszewki na poduszki, na jednej był niebiesko-czerwony ptak. Wyglądał, jak część tej baśni, z której pochodziła, jakby przyleciał z nią z Chotowa. Chotowa nie ma na mapie, sprawdzam to od lat w różnych miejscach. Pisownia nazwy tego miejsca też jest różna, zależna od przesunięć granic, czasów historycznych, ustrojów państwowych. Nikt nie drąży dokładnego położenia białoruskiej dziś wsi, w której przed wojną mieszkało 15 rodzin. W Puszczy Nalibockiej rozciągającej się wokół Chotowa zarzynała się partyzantka ruska i polska przez długie lata. Nigdy o tym nie mówiła. Tak jak nie wspomniała nigdy o tej Żydówce, która prowadziła sklep i miała dwoje dzieci – pewnie w jej wieku. Dopiero siostra Antoniny w zeszłym roku powiedziała mimochodem: „Była tam taka Żydówka i miała chłopca i dziewczynkę. Po wojnie już ich nie było”. O wojnie czy polityce Antonina nie rozmawiała, mówiła tylko: masz zawsze mówić prawdę. Oczywiście nie mówiłam.

O 15 była koronka, o 15.40 „Moda na sukces”, o 16.30 pytała mnie, co mi się śniło, o 17 szydełkowała. O 17.30 mówiłam: „Babciu, jestem chora i potrzebuję lekarstwa”. Lekarstwa to były słodycze, nigdy nie zdarzyło się, żeby jej apteczka była pusta. Po zażyciu lekarstw wracałam do domu, obojętnie, czy miałam 8, czy 18 lat.

Ta historia nie jest do końca prawdziwa, bo bywały inne dni, wypełnione innymi rozmowami; nie jest też nieprawdziwa, bowiem wszystko to wydarzyło się naprawdę. Nie znam jej ciemnych miejsc, niespełnionych snów, gniewu. Najwięcej o niej nie wiem. Bardzo chciałabym ją poznać w całości, córkę Józefiny i Adama, siostrę Weroniki i Pawła, przyrodnią matkę dla pięciorga dzieci, moich ciotek i wujków, oraz prawdziwą babcię dla jedenaściorga wnuków. W tym dla mnie. Prostą kobietę o najbardziej szczerym śmiechu, jaki dane mi było usłyszeć. Ta prosta kobieta była wtedy całym moim życiem. W czasach kiedy już się nie mówi o klasach społecznych, cieszę się, że pochodzę z klasy niewolników, przez to jestem bardziej wolna.

Litania niezadanych pytań

Najwięcej o niej nie wiem. Najwięcej nauczyłam się z tej niewiedzy właśnie. Antonina urodziła się w lipcu, była moją babcią, choć nie była mamą mojej mamy, to wcale nie jest niemożliwe, jak to w baśni. Skończyła cztery klasy szkoły podstawowej i była najbardziej wykształconą dziewczyną w Chotowie. Był rok 1952, najczarniejsza z czarnych nocy Stalina, kiedy postanowiła, że zabierze rodzinę i pojedzie do Polski, której nie znała. Nigdy tam nie była. Wprawdzie przed wojną w Chotowie też niby była Polska, ale raczej na słowo, nikt tego nie sprawdzał. Antonina skończyła właśnie 25 lat. Zabrała starą matkę, brata, który za kołnierz nie wylewał, i swoją ukochaną siostrę wraz z jej maleńką córeczką i wyjechała. Jej dziadkowie byli jeszcze majątkiem ruchomym Radziwiłłów, ona już dumną kobietą pracującą. Kolektywizacja, zrównanie praw kobiet i mężczyzn serwowane przez komunistyczną władzę są dziś dla mnie podszyte seksizmem starej daty, lecz dla niej były wyzwalające. Chyba nie mam pojęcia, jak bardzo.

Oprócz Koronki do miłosierdzia Bożego chodzi za mną litania niezadanych pytań. Nie pytałabym o nic dużego, bo od dużych rzeczy są duże książki, do których czytania mnie namawiała. Pytałabym ją o jarmark w Stołpcach, podobno był w sierpniu.

O tę Żydówkę z dwójką dzieci, która prowadziła sklep w Chotowie.

Zapytałabym, co sadzili na polu i czy jej ojciec, Adam, był dobrym chrześcijaninem.

Czy miała czas się bawić jako dziecko i w co lubiła się bawić?

Co robiła w kołchozie i dlaczego została dróżniczką kolejową?

Dlaczego chciała wyjechać do miejsca, którego nie znała?

Czy przez 40 lat samotności nikogo nie pokochała?

Ot, tak bym pytała, aż byśmy obie posnęły przy stole obłożonym ceratą, którą skubałam, nie mogąc dojeść krupniku.

Nieistniejący palec

Właściwie niczego o niej nie wiem na pewno oprócz tego, że urodziła się z sześcioma palcami u prawej dłoni i że umarła w styczniowy poranek. Tego dnia miałam pierwszego kaca w życiu i jedyne, co pamiętam, to jej serdeczny śmiech. Jej twarz wyglądała jak szorstka kora wierzby, ale w dotyku była jedwabista. Głaskałam ją po tej korze z czułością. Ona pocałowała mnie na pożegnanie. Jutro zajdź do mnie po lekarstwa, powiedziała, a ja złapałam ją za nieistniejący palec. Często to robiłam.

PS

Urodziłam się w Radomiu w sierpniu 1988 r. Po liceum zaczęła się moja wędrówka, mieszkałam w Lublinie, Krakowie, Londynie, a teraz w Gdańsku. Z wykształcenia jestem filozofką i historyczką, z zawodu – urzędniczką, piszę zaś z pasji, dla siebie. Opowiadam historie, które nie powinny się zagubić. Zbieram sny i anegdoty, budując z nich opowiadania i eseje. Literatura i popkultura to moje dwie wielkie namiętności.

DWANAŚCIE OPOWIEŚCI

Pół roku temu poprosiliśmy czytelników: opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu. Na ogłoszony konkurs przysłaliście 1655 prac.
Kapituła konkursowa pod przewodnictwem Włodzimierza Nowaka, w skład której weszli Maria Sadowska, Jacek Dehnel, Lidia Ostałowska i Tomasz Pietrasiewicz, wyróżniła 12 prac, a spośród nich wybrała potem trzy zwycięskie.
A 24 czerwca zapraszamy czytelników do Lublina na wspólne świętowanie finału Akademii.
Harmonogram Festiwalu Małych Opowieści - TUTAJ
Na wszystkie nasze imprezy - wstęp wolny.
Wyborcza.pl/akademiaopowiesci