– Biegnij, Kuba! Uciekaj! To biegnę. Uciekam, przecież to krzyczy najważniejszy człowiek w moim życiu, mój tato. Biegnę po białych liniach środkiem międzynarodowej drogi E8, biegnę, liczę białe linie i myślę, ile takich linii trzeba przebiec, żeby uciec. Żeby już nie słyszeć tego, co za plecami. – Uciekaj, Kuba! Słyszę, jak ktoś sapie, klnie, jęczy, wrzeszczy i się przewraca, i wiem, że to mój tata leży, a milicjanci skuwają mu ręce na plecach.

Jest słoneczne czerwcowe popołudnie 1982 roku, mam 14 lat i uciekam środkiem międzynarodowej trasy E8. Uciekam i myślę, kiedy przestać uciekać.

Tato

Wrzesień 1980. Wypracowanie w zeszycie 12-latka: Mój bohater. Moim bohaterem jest mój tato. On jest sportowcem, w tym roku był na olimpiadzie w Tallinie, to takie miasto w ZSRR. Cała olimpiada była w Moskwie, ale żeglarze startowali na morzu, a Tallin jest nad morzem. Tata startował w klasie Tornado, to taki katamaran, czyli łódź dwukadłubowa. Mój tata jest załogantem, a jego kolega sternikiem. Bycie załogantem jest trudniejsze, bo trzeba balastować, i tata wisi wysoko na specjalnych linkach. Musi mieć refleks. Jak tata przyjechał do domu, to było mnóstwo opowieści o tym, jak jechali, jechali i jechali przez ZSRR z kolegą jego samochodem, bo musieli przywieźć żaglówkę, i jak popsuł im się samochód, ale naprawili i w końcu dojechali. Zajęli dziewiąte miejsce i tata przywiózł fajne prezenty. Nóż na niedźwiedzie i maskotkę olimpijską, pluszowego niedźwiadka Miszę. Tata kiedyś też był sternikiem, bo kiedyś pływał w klasie Finn i był dwa razy na mistrzostwach świata. We Francji i w Finlandii, ale ja tego nie pamiętam, bo to było przed moim urodzeniem. Ja też będę żeglarzem, na razie pływam na optymiście i na kadecie i też jestem załogantem.

Ojciec

Czerwiec 1982. – Kuba, wstawaj! Ojciec stoi nade mną, wielki, groźny, w olimpijskim biało-czerwonym dresie z orłem na piersi i wrzeszczy: – Wstawaj szybko, ubieraj się! – Już, już. – Marynarkę załóż. – Ale jest już na mnie za mała. – I spodnie od ubrania. – Są za krótkie. – Ubieraj się! Musimy uciekać! – Ja nigdzie nie uciekam, idę do szkoły. – Dzisiaj nie idziesz, szybko! Jedziemy! – Gdzie jedziemy? A mama, Monika, Bartek? – Jedziemy! Schodzimy do samochodu. Rozglądam się, dom wygląda normalnie. Tylko nie ma mamy i rodzeństwa. Chwytam suchą kromkę chleba i już siedzimy w dużym fiacie. Myślę, że znów zabierze mnie na poznański Stary Rynek i będzie mi łacińskie sentencje czytał z Ratusza. Cieszę, że jedziemy samochodem. Ostatnio to był trening, niby do olimpiady, na rowerze składaku. Nie chcę już tej olimpiady. Na Rynek ze Smochowic jest prawie dziesięć kilometrów, a ojciec jeszcze za mną w samochodzie powoli jechał. Mam nadzieję, że nikt nas nie widział. Przejeżdżamy wiadukt nad E8. Nagle zamiast w lewo, do miasta, ojciec skręca w prawo, pod prąd. Naciska klakson, gaz do dechy i jedzie. Nie potrafię wydusić słowa. Widzę z naprzeciwka samochody. Trwają Międzynarodowe Targi Poznańskie. Jest dużo ciężarówek. Zamykam oczy, słyszę wizg i trąbienie. Zaraz będą rogatki, żołnierze nas zatrzymają – a jeśli zaczną strzelać – otwieram oczy i zaraz znów zamykam, słyszę buczenie kolejnej ciężarówki. – Otwórz okno – mówi ojciec. Nie dyskutuję, kręcę srebrną korbką. Wiatr wbija mnie w fotel, gnamy 120 km na godzinę. Pod prąd. Międzynarodową trasą E8, na Zachód. Slalomem, między pędzącymi na nas tirami. Zwalniamy. To rogatki. Samochód już tylko się toczy. Żołnierze w pierwszej chwili nas nie widzą, sprawdzają ciężarówkę z drugiej strony szlabanu. Dostrzega nas jeden z karabinem na plecach. Szturcha kolegę, coś mu mówi i podchodzą do nas powoli. Ten, co nas zobaczył, przesuwa karabin. Teraz trzyma go oburącz. Na piersiach. Ojciec zatrzymuje samochód. Nie patrzy na nich. Patrzy przed siebie, na szlaban. Pierwszy żołnierz jest dwa kroki od naszego fiata. Nie widzę go, widzę już tylko jego karabin, czarny, stalowy z drewnianą kolbą. Kontrola ciężarówki się kończy. Trzeci żołnierz podnosi szlaban, by ją przepuścić. Ojciec rusza gwałtownie, przeciska się przed ciężarówką i znów pędzimy 120 na godzinę. Mijamy Tarnowo Podgórne, kończy się dwupasmówka. Dalej pędzimy, ale już po prawej stronie. Czasem ojciec wyprzedza, czasem na trzeciego, czasem z prawej strony. Cały czas 120-130 km na godzinę. Próbuję pytać, gdzie jedziemy, ojciec nie odpowiada. Mijamy wsie w pełnym pędzie. Znów zamykam oczy. Przed Pniewami samochód zaczyna dymić, ojciec hamuje i każe mi wysiąść. Proszę, by zamknął auto, ale mnie nie słucha. Fiat zostaje za nami otwarty, dymiący.

Idziemy poboczem do Pniew. Myślę, jak to długo będzie trwało. Mama na pewno zawiadomiła milicję. Na pewno nas szukają. Na pewno wojsko nas ściga. Na pewno. Po półgodzinie dochodzimy do centrum Pniew. Wsiadamy do taksówki. Ojciec każe jechać do granicy. Przejeżdżamy tylko kilkanaście kilometrów. Przy zjeździe do Lwówka taksówkarz zwalnia, mówi, że dalej nie pojedzie. Ojciec otwiera drzwi taksówki w czasie jazdy. Taksówkarz gwałtownie hamuje, a ojciec wyskakuje. Mnie też wyciąga. Idziemy obwodnicą.

Dogania nas taksówkarz z kolegą. Krzyczą na nas, przeklinają. Zachodzą drogę. Ojciec ich nie widzi! Mija ich, jakby nie istnieli!

Chwyta mnie za rękę i idziemy dalej. Najpierw poboczem. Potem schodzimy na środek drogi. Idziemy międzynarodową trasą E8 na Zachód, wzdłuż przerywanych białych linii. Kierowcy, którzy nas mijają, trąbią i pukają się w czoło.

Mówię, że już nie mam sił, że chcę odpocząć. Ojciec nie reaguje. Czasem udaje mi się ściągnąć nas na pobocze. Za Lwówkiem zmienia zdanie. Wracamy do miasteczka. Na przystanku PKS stoi autobus. Wsiadamy. Jedziemy do Pniew, wysiadamy w centrum. Wchodzimy do hotelu, wynajmujemy pokój. Kładę się w chłodną pościel, próbuję zebrać myśli. Ojciec siedzi naprzeciwko i patrzy na mnie. Udaję, że śpię. Wyrównuję oddech, jak Old Shatterhand, kiedy chciał oszukać szpiegujących Indian.

Nie wiem, jak długo ojciec wytrzymał ten bezruch. Godzinę? Dwie? Kwadrans? Zrywa się. Udaję rozespanego, tłumaczę, że jeszcze nie odpocząłem, że jeszcze trochę. Na nic. Po raz pierwszy dzisiaj stoję z nim twarzą w twarz, zawsze siedziałem obok albo biegłem za nim. Teraz patrzymy sobie w oczy. Jego są dziwne, obce, nie mojego taty. „Nie bądź taki, proszę”, szepcę bardziej do siebie.

Wychodzimy. Recepcjonistka mówi coś o meldunku, pieniądzach. Ojciec zaczyna na nią wrzeszczeć. – Oddaj dowód – powtarza. Przerażona oddaje dokumenty, ukradkiem chwyta za telefon. Wychodzimy z hotelu. Popycham ojca w stronę Poznania. Idziemy chodnikiem, ale po kilkuset metrach ojciec ściąga mnie na środek szosy. Mijamy komisariat. Po chwili słyszę: „Stać, milicja!”. Chcę się zatrzymać, ale ojciec mnie ciągnie. Każe biec, uciekać. To biegnę, uciekam.

Tatek

Luty 2017. Odwiedzam tatka w Opiekuńczo-Leczniczym Zakładzie Psychiatrycznym. Zastaję go przy popielniczce. Skończył właśnie swojego poobiedniego papierosa.

– Masz fajeczkę? – pyta. Mam. Zawsze mam. Nie palę, ale mam. – Chodź na spacerek. Przejdziesz dookoła ośrodka, to ci dam. – No już daj, nie bądź taki – szura crocsami z Tesco po pozbruku. – Jaki? Chodź, trzeba poćwiczyć – biorę tatka pod ramię, bo schodzi mu się na trawnik, i ciągnę na środek ścieżki. Mijamy jedną ławkę. – Muszę odpocząć – mówi przy drugiej, siada. Po chwili wyćwiczonym spojrzeniem bitego szczeniaczka próbuje mnie zmiękczyć. – No daj fajeczkę. – No to chodź, dojdziemy do palarni, to ci dam. – Ech, co ja z tobą mam – wzdycha zrezygnowany, wstaje. – Pamięć też poćwiczymy – podnoszę poprzeczkę. – Pamiętasz mistrzostwa w Hanko? – Pamiętam, co mam nie pamiętać. – A jak tam dojechałeś, pamiętasz? – Dopłynąłem. – Eee, jak? Finem? – Nie, statkiem. – To finem czy statkiem? – Spuścili mnie na morze, pięć mil od portu. – Tak? A statek jak się nazywał? – MS „Syrenka” – rozpromienia się. – No daj fajeczkę. Daję. Camela, te lubi najbardziej. Siada na ławce przy popielniczce. Zapala, wciąga dym łapczywie. Milczymy. – Będę się zbierał – mówię. – Uciekasz? – Uciekam.

DWANAŚCIE OPOWIEŚCI

Pół roku temu poprosiliśmy czytelników: opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu. Na ogłoszony konkurs przysłaliście 1655 prac.

Kapituła konkursowa pod przewodnictwem Włodzimierza Nowaka, w skład której weszli Maria Sadowska, Jacek Dehnel, Lidia Ostałowska i Tomasz Pietrasiewicz, wyróżniła 12 prac, a spośród nich wybrała potem trzy zwycięskie.

Drukujemy je wszystkie w tym numerze.

A 24 czerwca zapraszamy czytelników do Lublina na wspólne świętowanie finału Akademii.

Harmonogram Festiwalu Małych Opowieści - TUTAJ

Na wszystkie nasze imprezy - wstęp wolny.

Wyborcza.pl/akademiaopowiesci