Serdecznie dziękujemy wszystkim uczestnikom konkursu "Akademia Opowieści". Przygotowaliśmy dla Was mały prezent. Jeśli wysłałeś opowiadanie na nasz konkurs, kliknij w poniższy link, i aktywuj cyfrową kwartalną prenumeratę "Gazety Wyborczej". Pamiętaj, żeby logować się adresem e-mail, z którego wysłałeś zgłoszenie do konkursu.

KOD PROMOCYJNY TO: AKADEMIA1

>> Darmowa kwartalna prenumerata

Kłóciliście się?

– Nie raz. Krzyczałem: „Ty stary Żydzie! Ty wstrętny, głupi konferansjerze!”. A on: „Ty pańszczyźniany chłopie z Kowala!”. O tak – były między nami kontrowersje. Tylko po to, byśmy za chwilę wysyłali do siebie pocztówki. I nigdy mnie nie dotknął tak, żebym cierpiał. Zresztą – kiedy próbował, to już mnie raczej śmieszyło.

Jak się poznaliście?

– Pamiętam to bardzo dobrze, jak dziś. Był 1965 rok. Wszedłem do Piwnicy pod Baranami i słucham – a tu Piotr Skrzynecki dedykuje mi piosenkę. Bywałem tam wtedy częściej, ale raczej zostawałem przy barze, nie znaliśmy się wcale. Wtedy akurat zagrałem kapitana Wyganowskiego w „Popiołach” Andrzeja Wajdy. To był mój debiut filmowy, myślałem zresztą, że bardzo zły. Tak naprawdę oczekiwałem, że kiedy dyrektor Starego Teatru zobaczy ten film, zwolni mnie, bo po co miałby takiego kiepskiego aktora trzymać. No, ale okazało się, że ta rola wypadła całkiem dobrze, a nawet bardzo dobrze – spodobała się więc i panu Piotrowi, i dlatego mnie zauważył. Powiedział ze sceny: „Ta piosenka jest dla pana Jana”, i tak już między nami zostało – przez 30 lat byliśmy per pan.

Jan Nowicki: Bóg to przewrotny ojciec

Dla żartu? Dzieliło was raptem kilka lat.

– To nie był żart, my się wtedy tak nie „tykaliśmy” po amerykańsku jak wy dzisiaj. Teraz każdy papla do każdego: „ty” albo „słuchaj...”. Ale wtedy? Pan Piotr mówił „panie Janie”, bo nie znał mnie za bardzo, a ja też nie wyobrażałem sobie, żebym mógł mówić do niego inaczej niż „panie Piotrze”. Potem uznaliśmy, że ta forma najlepiej nam odpowiada.

Co było między panami – szacunek, braterstwo?

– Męska przyjaźń, czyli taka miłość, tylko bardziej odpowiedzialna. Mało się mówi o przyjaźni męskiej, a jeszcze mniej o przyjaźni męsko-damskiej. Zazwyczaj ludzie sprowadzają to do seksu, czasami kończy się miłością. Ale ja właśnie miałem szczęście doświadczyć wyłącznie przyjaźni. Kropka.

Kiedy umarł, ponad cztery lata pisałem do niego listy, bo nie mogłem sobie dać rady z tęsknotą za naszymi wieczorami, nocami i porankami. Nie mogłem się po śmierci pana Piotra odnaleźć.

Co w tej relacji było niezwykłego?

– To był wspaniały czas Starego Teatru. Miałem szczęście, że po szkole tam wylądowałem, a potem jeszcze film... I pan Piotr miał ogromny w tym udział. Nie, żeby mnie polecał do jakichś ról, ale dlatego, że rozmawialiśmy ze sobą. O wszystkim. To mnie rozwijało, mam nadzieję, że w drugą stronę było podobnie.

Pan Piotr był narkomanem rozmowy i przez to miał wpływ na mój odbiór świata i na moje decyzje.

Piotr Skrzynecki: Antysystemowiec

Czym się różniliście?

– Głównie tym, że miałem ogromną dyscyplinę, a on nie. Pan Piotr był ptakiem, a ja – po prostu człowiekiem. Zawód aktora wymaga ciężkiej pracy. A zresztą – każdy zawód tego wymaga. Co innego pan Piotr – on pracował w sposób niezauważalny. Więc było tak: piliśmy do siódmej rano, ja wiedziałem, że potem będę musiał iść na próbę, uciekałem więc spać. A on stawał pod moim oknem i wrzeszczał: „Mieszczanin, mieszczanin, on już idzie spać!”.

Co znaczy, że był „narkomanem rozmowy”?

– Na przykład: zaczynaliśmy rozmowę wieczorem, jak wracaliśmy z Budapesztu pociągiem, kontynuowaliśmy w południe, jadąc do Krakowa, potem jeszcze całą noc już na miejscu, a potem jeszcze na balkonie przez cały dzień. W końcu zdrzemnęliśmy się godzinę, żeby dalej znów rozmawiać. Rozmowa niesłychanie rozwija, bywa aktem twórczym, podobnie jak lektura. Można coś usłyszeć, wypowiedzieć się. Choć podobno nie z aktorami – tak uważał pan Piotr. On mi powtarzał, że z aktorami się nie sypia, nie jada i nie rozmawia, można ich tylko czasami podziwiać.

Jan Nowicki: Jestem kapryśnym starcem

No, ale pana podziwiał?

– Jego stosunek do mojego aktorstwa był złożony. „Ja pana lubię jak konwalie, a konwalie bardzo lubię. Ale aktorem jest pan formalnym”. To nie był komplement, raczej negacja. On chyba jednak nie cenił mojego aktorstwa, ale mnie to nie przeszkadzało.

Jak to? Nie zależało panu na jego zdaniu?

– Stosowaliśmy zasadę, żeby się sobie nie narzucać. Zarówno na początku, jak i z biegiem lat. Nie chcieliśmy być przykładem na powiedzenie, że „prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”. Obaj nie cierpieliśmy tej definicji. Przyjacielowi trzeba dawać swoją lepszą część, a nie gorszą, nie jojczyć: pomóż mi.

To komu można „jojczyć”?

– No dobrze. Gdyby mi się zdarzyło coś dramatycznego, nie wiem – no gdybym np. potrącił człowieka autem. Gdybym zrobił coś, z czym naprawdę nie mógłbym sobie poradzić, i chciałbym się komuś z tego zwierzyć, myślę, że jednak poszedłbym z tym do pana Piotra. Bo on wszystko potrafił wyśmiać i wykpić. Pamiętam, kiedyś w Budapeszcie spotkaliśmy staruszkę – taką zgiętą w pół, szła z głową przy chodniku. Mówię: „Niech pan zobaczy, jaka biedna”. On na to: „Dlaczego?”. „Bo nie ogląda słońca”. A pan Piotr odpowiedział: „Wystarczy jej podłożyć nogę, a zobaczy”.

...no, może wyśmiał tę pana litość?

– Nieee, on miał taki czarny humor. Tak naprawdę bardzo szanował starych ludzi, lubił ich. Ale był zdystansowany do życia. Kiedy umierał, przestałem go odwiedzać. Byłem absolutnie przekonany, że nie chciał, abym go oglądał w tym stanie.

Nie chciał go pan ratować od nałogów, które go zabijały?

– Ale co pani mówi! On nie miał żadnych nałogów, to zawracanie głowy. Pan Piotr był człowiekiem, który nigdy nic nie czytał – żadnej gazety, a wszystko miał przeczytane. Co z tego, że pił, skoro pamiętał każde wypowiedziane słowo już zawsze? Wyciągać go z takiej przyjemności jak picie wódeczki – bzdura!

Pan Piotr był wolny. Pił nie dlatego, że był uzależniony, ale dlatego, że to lubił. Żył tyle, ile trzeba, i już. Co byśmy tym zresztą zdziałali – przedłużylibyśmy jego życie o pięć lat czy o dziesięć? I po co?

Jan Nowicki: Mężczyznę poznaje się po tym, jak umiera

Co pana w nim irytowało?

– Ach, mnóstwo jego zachowań irytowało mnie okropnie. Pan Piotr cechował się brakiem umiaru, również w kwestii talentów. Za duża zdolność do interesów, za duża zdolność do języków, za dużo inteligencji. Wymęczył mnie nadmierną ciekawością. Denerwował, bo mnie okłamywał. Ale ja jego też, jak się dało. Posługiwaliśmy się fikcją, która ma to do siebie, że działa w interesie zarówno opowiadającego, jak i słuchacza. Jednak opowiadanie nieprawdy było naszą specjalnością – skoro była tylko piękniejsza od prawdy...

Potrafiliśmy sobie wymyślić temat wieczorem – np. filmy Wajdy. Ja mówiłem krytycznie, on mówił z zachwytem. A potem zamienialiśmy się rolami. Najzabawniejsze było, jak pan Piotr był przygotowany, żeby mówić „na tak”, a ja zaczynałem piać z zachwytu – wtedy on się gubił.

Nikt go nigdy nie zastąpił?

– Nikt już taki nie będzie, wyjątkowej przyjaźni nie da się powielić. Nie będę się przecież z każdym zaprzyjaźniał. Płacę za to teraz cenę bólu i tęsknoty, którą płaci się za dostąpienie niezwykłego daru. Szukanie innej przyjaźni byłoby nieeleganckie.

Eleganckie były wasze kapelusze. Skąd się wzięły?

– Nie wiem. Nakrycie głowy u Żydów coś chyba oznacza. Ja z kolei nie lubię, kiedy mokną mi włosy, oraz uważam, że kapelusz obok dżinsów to rzecz najpiękniejsza, jaką mogła stworzyć ludzkość w dziedzinie mody. Zresztą przywoziłem mu z podróży mnóstwo kapeluszy a on je ciągle gubił.

Takie mu pan robił prezenty?

– Czasem najprostsze i najbiedniejsze. Pan Piotr nic nie posiadał. Jeśli zarobił zachodnie pieniądze, to się ich wyzbywał. Nie wiedział, co z tym zrobić. Wykułem o nim taką definicję: „Pan się wyzbywa pieniędzy, bo gdyby pan je miał, okazałoby się, że pan jest skąpy”.

Jemu się to bardzo spodobało.

A był skąpy?

– Ale skąd. Kiedyś wróciłem z Łodzi, a pan Piotr zapytał: „Zarobiłeś pan pieniądze?”. „No, zarobiłem”. „A ile?”. „A co to pana obchodzi?”. „No, powiedz pan.”. „A milion zarobiłem”. „Daj mi pan połowę”.

A kiedy dałem, zaprosił mnie na kolację do Wierzynka.

Wyborcza.pl/akademiaopowiesci