Finał Akademii Opowieści coraz bliżej. Kapituła wybrała 12 zwycięskich tekstów spośród 1655 zgłoszeń. Łatwo nie było [RELACJA]

Ania Augustynowicz podeszła do mnie i mówi: – Zostajesz w Szczecinie.

A ja mówię: – Nie!

Kończyłam właśnie szkołę teatralną, przyjechałam do Teatru Współczesnego w Szczecinie na jeden spektakl. Ale wydeptywałam już sobie ścieżki w Teatrze Nowym w Poznaniu, tu chciałam grać, to było moim marzeniem, bo na Teatrze Nowym się wychowałam.

Mówię więc: – Nie, nie, nie...

Ania: – Tak. Będziesz grała Julię.

Ja: – Okej... To zostaję.

Zostałam na dziewięć lat. To były najważniejsze lata w moim zawodowym życiu.

Kręciłam się w Arlekinie

Najważniejszy człowiek w moim życiu? Wiadomo, że rodzice są najważniejsi. Ale opowiadać o rodzicach? Pomyślałam, że opowiem tutaj o tych ludziach, którzy mnie pociągnęli w kierunku aktorstwa i ukształtowali.

Gdy miałam 6 lat, pojawił się niejaki Andrzej Maleszka. Gdyby nie on, nikt by chyba nie odkrył, że ja mam jakikolwiek talent muzyczny czy aktorski. Było jakieś dziecko z temperamentem, z którym nikt nie widział, co zrobić. Maleszka wciągnął mnie do klubu Arlekin – bandy dzieci z podobną energią jak ja, które występowały w telewizji. Te występy to był skutek uboczny naszych wspólnych zabaw. Teraz widzę, że robi się to zupełnie inaczej, dzieci do filmów wybiera się z castingów. Uważam, że Maleszka jest jednym z niewielu reżyserów w Polsce, który pracuje z dziećmi tak, że są naturalne i chce się je oglądać. Powinno się o nim uczyć w szkołach.

I tak się kręciłam w tym Arlekinie kilka lat. Gdy w liceum przyszło do wybierania studiów, polonista, profesor Andrzej Dymitrowski – druga ważna dla mnie postać – powiedział, żebym już nie kombinowała, nie składała papierów na inne kierunki, bo ja muszę iść do szkoły teatralnej.

Maleszka potem jeszcze mnie zaprosił do jakiegoś filmu, żeby zobaczyć, co ze mną zrobiła szkoła teatralna. Chwycił się za głowę: „Boże, co oni ci zrobili...”. Zero naturalności, sztuczne granie. Kompletnie się pogubiłam. I potem pojawiła się Ania Augustynowicz.

I co tam robisz?

Gdy ktoś pyta, kto mnie ukształtował, mówię: Ania.

Gdy ktoś pyta, co mi się marzy, żeby zagrać, mówię: nie wiem, bo u Ani zagrałam wszystko. Od „Romea i Julii” poprzez „Miłość na Krymie” do Woody’ego Allena.

To były gorące lata w polskim teatrze. W tej chwili, gdy mówimy, że jakieś spektakle są szokujące, to uśmiecham się, bo szokujące rzeczy to robiło się właśnie wtedy, w drugiej połowie lat 90. Ania Augustynowicz była jedną z tych osób, które tworzyły te przemiany polskiego teatru. Jej spektakle – „Moja wątroba jest bez sensu, albo zagłada ludu” czy „Iwona, księżniczka Burgunda” – dostawały wszystkie możliwe nagrody.

Anię się albo kocha, albo nienawidzi. Jej spektakle mogły oburzać. Myśmy jako zespół ją uwielbiali. Stworzyła z nas zespół, który się nawzajem lubił i lubił ze sobą grać.

Czuliśmy, że robimy naprawdę wielki teatr. Może nie „wielki” – bo Ania nie lubiła zadęcia – ale zajebisty kawał teatru. Tam nie było w ogóle czegoś takiego jak kompleks teatru prowincjonalnego. Co często nawet w Poznaniu można poczuć – czego nie mogę zrozumieć, bo jesteśmy tak w centrum, że bardziej nie można.

Ja ciągle jeździłam ze Szczecina do Warszawy, bo byłam duszą, która musi być w podróży, ale nie próbowałam się do Warszawy przenieść. I ciągle musiałam się komuś tłumaczyć, dlaczego nie chcę. – Bo mi jest dobrze w Szczecinie – odpowiadałam. Odbierano to: a więc pewnie jest mało ambitna. Rok po tym, jak zaczęłam grać w Szczecinie, pojechałam na casting do filmu Kutza „Sława i chwała”.

Kutz pyta: – Gdzie teraz jesteś?

Ja cichutko: – W Szczecinie...

Kutz: – I co tam robisz?

Wymieniam: – Rano „Królewicz i żebrak”, wieczorem „Romeo i Julia”, w weekendy Koterskiego „Kocham. Nas troje”...

A Kutz: – No i kurwa bardzo dobrze!

Mówił, że przychodzą do niego młodzi po szkole, którzy nigdzie nie grają. – W Warszawie co będziesz robić? Grzać ławę i patrzeć jak Englert chodzi po scenie? – mówił.

Potem byliśmy u niego na festiwalu w Katowicach. Ania dostała tam nagrodę. Wszedł wtedy na scenę i zawstydził mnie okrutnie: – A tę to pierwszy raz w życiu ja rozebrałem w filmie! I oszukała mnie. Myślałem, że ma duże B, a miała małe A.

W „Sławie i chwale” faktycznie miałam scenę, w której się rozbieram. Miałam być bujną Słowianką. A ja miałam wszystko bujne oprócz biustu.

W roli faceta

Ania we mnie widziała coś innego niż wszyscy. Obsadzała w nieoczywistych rolach, np. w „Popcornie” Bena Eltona w roli Scout, młodej morderczyni, czy w roli faceta w „Śnie nocy letniej”.

Albo: rozchorowała się aktorka, która miała grać Goplanę. Ania mówi: „Zrobisz za nią zastępstwo na festiwal w Opolu”. A to była Ania Januszewska, genialna aktorka, dla mnie wzór. A ja na etapie przedszkola. Skończyło się rozstrojem żołądka w Opolu. Ale dałyśmy radę.

Skończyłam szkołę teatralną, ale prawdziwą to przeszłam w Szczecinie. Może wcześniej byłam za młoda i niedojrzała, albo Ania miała taki sposób przekazywania wiedzy, że do mnie docierało.

Ania nam tłumaczyła: nie gramy. Tekst mówimy jak najbardziej naturalnie. Dawała nam tekst i obserwowała, co z nim robimy. Miała oczywiście swoją wizję, ale układała ją z naszych myśli, ciał.

Gdy byłam dzieckiem 20-letnim, to ona czerpała z tego mojego temperamentu, nie próbowała mnie okiełznać. Gdy po latach robiłyśmy „Norę”, kazała mi wykonywać ekstremalnie wolne ruchy. – Ania, wiesz, że ja zwariuję? – mówiłam. – Wiem. Dasz radę – odpowiadała.

Inspirowała nas do myślenia. Zarzucała literaturą. Dzięki niej przeczytałam stosy książek. Miałam taki komfort przy premierze, że wiedziałam dokładnie, co robię, z czego to wynika. Pracowała z nami tak, że ja budzę się dzisiaj w nocy i mogę ci powiedzieć monolog ze spektaklu sprzed 10 lat. Zrobiliśmy zresztą niedawno takie doświadczenie, z okazji 10-lecia premiery „Moja wątroba...”. Ania zadzwoniła do nas: „Robimy. Co wy na to?”. Dwie próby wystarczyły. Wszyscy mieli to w sobie.

Aktorzy świetnie u niej mówili teksty. Nawet ja, której nikt nie umiał nauczyć mówić wierszem. – Jezu, Szekspir, będzie masakra... – myślałam. I nie mam pojęcia, jak to było, ale ona mnie nauczyła.

To, czego mnie jeszcze nauczyła, to że nawet jeśli historia wydaje się nam dziwna, to reżyser jest dyrektorem tej wycieczki i my z nim jedziemy. Jak ci się nie podoba, nie wchodź w ten spektakl, masz prawo. Ale jeśli już wchodzisz, zaufaj. Reżyser widzi więcej. Oczywiście, zdarzają się trudne sytuacje, że reżyser w ogóle nic nie widzi. Ale u Ani wiele dziwnych rzeczy – gdy pukaliśmy się po głowie, co ona robi z nami – okazywało się, że wszystko miało sens.

Mała, czarna, krzyczy

Mała, czarna, krzyczy – tak też Anię można by opisać. Chociaż teraz ma siwe włosy, bo stwierdziła, że olewa farbowanie.

Wiedzieliśmy, że jak zbliżała się premiera, to będzie chodzić nerwowo. Będzie się darła na nas. Ale ja nie miałam z tym problemu. Zawsze po premierze dziękowała i przepraszała. Potem już w ogóle nie musiała przepraszać, bo myśmy wiedzieli, że to nie wynika z tego, że chce personalnie kogoś dotknąć, tylko że jest już w środku tego spektaklu, i dlatego krzyczy: „Spier...!”. Wiedziałam: oznacza to, że mam przejść z jednego fotela na drugi, bo się zagapiłam.

Ona nas wszystkich bardzo lubiła. Nasze wyjazdy z teatrem to był wesoły autobus. Po każdym spektaklu wyjazdowym szliśmy wszyscy na dyskę. Byliśmy znani w Polsce ze spektakli Augustynowicz, ale też z tego, że gdzie tylko wchodziliśmy, to rozkręcaliśmy imprezę. Ale to jej zasługa, że myśmy się tak dobrze ze sobą czuli.

Słynna była historia, gdy na spektaklu wybuchnęliśmy śmiechem. W „Mojej wątrobie...” jest scena ostatniej wieczerzy: dostajemy hamburgery, które zjadamy na raz i popijamy coca- colą, też na raz. Ten spektakl nas tak śmieszył, że zawsze byliśmy o włos od wybuchu. I raz zagotowaliśmy się wszyscy. Publiczność z nami. Ania? Nie ochrzaniła nas. Powiedziała, że superprzedstawienie. Wiedziała, że teatr to żywy organizm, nie jesteśmy robotami i po to też ludzie przychodzą do teatru.

Mnie traktowała trochę jak trzecią córkę. Miała dwie, a ja byłam w ich wieku. Szłam do niej z każdym problemem. Burzliwe lata przeżyłam w tym Szczecinie. Bo człowiek musi przejść swoją drogę z doświadczeniami damsko-męskimi, rozstawałam się, schodziłam. Ania to wszystko wiedziała. Tak trochę głaskała mnie po głowie. Inni z zespołu też. Otwierali przede mną swoje domy, mogłam u nich mieszkać. Siadałam do wesołego autobusu zapłakana, a oni: – Kasia! Nie myślimy już o tym!

Była sytuacja, że pobiegłam do Ani, bo dostałam propozycję jakiegoś sitcomu w Polsacie. Czy mogę? My tu robimy przecież taki teatr... Ania: – Jedź, zarabiaj. To jest kolejne doświadczenie. Zrób to, jak najlepiej potrafisz. Cokolwiek robisz, nie odstawiaj chałtury, bo to jest twoja twarz.

Wszystko nie tak

Ja cały czas do niej tęsknię. Od czasu, gdy zrezygnowałam z teatru w Szczecinie – bo chciałam już wrócić do mojego poznańskiego życia – i nie jestem pod jej skrzydłami, to dla mnie w ogóle wszystko jest nie tak. Nie tak. Oczywiście, odnajduję się u kolejnych reżyserów, ale... wszędzie brakuje mi Ani.

Nie tylko ja tęsknię. Jeden z kolegów pracuje teraz w Powszechnym w Warszawie, drugi w Ateneum, i jak tylko Ania do nich zadzwoni, że potrzebuje ich w spektaklu, to pędzą. Ona nas wychowała. Przyjęła dzieci, które nic nie wiedziały o tym zawodzie, i ukształtowała na swój obraz i podobieństwo.

Gdy byłam potem już w Teatrze Polskim w Poznaniu, Ania przyjechała i zrobiła tutaj „Norę”. Świetny spektakl. Z niejasnych powodów poszedł tylko pięć razy.

Od kilku lat nie gram w teatrze. Robię przymiarki, żeby wrócić. Bo tęsknię za tym, za kontaktem z publicznością. Do Szczecina nie mogę, bo mam za małą córkę, to byłoby za skomplikowane technicznie. Ale wiem, że gdy córka powie mi: „Leć, ja już sobie poradzę bez ciebie przez jakiś czas”, to chciałabym u nich coś zagrać. Cały czas ich obserwuję. I jak przyjeżdżają do Poznania ze spektaklem, siedzę na widowni i niemal łkam: „A więc można, można!”.

Akademia Opowieści

Akademia Opowieści to wielkie przedsięwzięcie mediów związanych z „Gazetą Wyborczą”. Organizujemy spotkania, publikujemy artykuły, proponujemy wam filmy i opowieści w specjalnym serwisie. Wszystko po to, żebyście dali się namówić do udziału w konkursie pt. „Najważniejszy człowiek w moim życiu”. Wasze prace zbieramy do północy 31 marca 2017roku. Mamy nadzieję, że nagrody pieniężne będą dodatkową motywacją. Pierwsza nagroda będzie miała wartość 5 tys. zł, druga – 3 tys. zł, trzecia – 2 tys. zł. Czego szukamy? Opowieści, które nas uwiodą. Bohaterów z krwi i kości. Takich, o których milczą podręczniki. Może to właśnie najważniejszy człowiek w waszym życiu zasługuje na to, by poznała go cała Polska. 

Szczegóły i formularz zgłoszeń do konkursu: wyborcza.pl/akademiaopowiesci