* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z REGULAMINEM

Jacek Dehnel: Moja Warszawa oswojona

Najważniejszy człowiek w moim życiu zawsze ostrzegał mnie przed wszelkimi „naj”. Babcia Lala powtarzała: „Pamiętaj, nie ma czegoś takiego jak najwybitniejsza powieść, najlepszy obraz, najmądrzejszy wiersz”. „Oprócz – dodawała – najpiękniejszego utworu muzycznego, bo to koncert skrzypcowy Beethovena”. Ale po szelmowskim uśmiechu wiedziałem, że z tym koncertem żartuje.

Uczyła mnie wielu rzeczy: świata, ludzi, roślin. Opowiadała mi historie: wielkie mity obok fabuł filmów sprzed wielu dekad, sztuki Szekspira obok przedwojennych wierszyków. Wreszcie całe swoje życie, podzielone na anegdoty, raz zabawne, raz straszne, odpalające się jedna od drugiej jak skomplikowane fajerwerki.

Odchodziła na raty, razem z pamięcią; najpierw zapominała, kto grał Solange w „Lecie w Nohant”, które widziała w niezburzonej jeszcze Warszawie; potem, stopniowo, opuszczały ją – utrwalone wielokrotnym przepowiadaniem – kawałki własnego życia, potem same słowa. Przez ostatnie lata milczała, uśmiechając się tylko tajemniczo.

Napisałem o niej książkę. Książka się spodobała, kupiły i przeczytały ją tysiące ludzi, niektórzy podchodzili potem do mnie na spotkaniach autorskich i mówili: „Och, pan mi na pewno nie uwierzy, ale ja miałem, miałam dokładnie taką samą babcię”. Wierzyłem. Czasem nawet dodawali, że też mówiono do niej „Lala”, bo to przecież ta generacja: Lale, Buby, Lody, Dzidki, Ninki. O Lali czytano po niemiecku, hebrajsku, węgiersku, hiszpańsku, turecku, ukraińsku, rosyjsku i w wielu innych językach, a na zagranicznych spotkaniach czytelnicy podchodzili do mnie i znów mówili: „Och, pan mi na pewno nie uwierzy, ale ja miałem, miałam dokładnie taką samą babcię”. Ja zaś im wierzyłem, bo przecież wystukując na klawiaturze „Lalę”, wiedziałem, że opisuję nie tylko czyjś jednostkowy los, niepowtarzalny charakter, sposób bycia, gest, ale coś z całego tego pokolenia.

A potem uświadomiłem sobie, że nie tylko ona zapominała, że ja też zapominam. Bo to należy po prostu do regulaminu bycia człowiekiem. Pamiętałem ją w pozach i oświetleniu, które utrwaliły się na jakichś zdjęciach, które leżały w albumie albo w szufladzie, a nie w przegródce mózgu. Nie potrafiłem przywołać w pamięci głosu. Nie pamiętałem nie tylko rozmów, ale i całych historii. Coraz częściej, żeby sobie coś przypomnieć, musiałem sięgnąć nie do głowy, ale do własnej książki.

Kuchnia pisarza: Jacek Dehnel

Nie żeby przestało mi jej brakować, bo taka wyrwa nie zasklepia się nigdy, nawet kiedy nie pamięta się, kogo dokładnie brakuje (umierający w domach starców, którzy za nic nie przypomną sobie imienia własnej matki, ale powtarzają, rozanieleni, do pielęgniarki: „Mamusiu, mamusiu...”). Ból fantomowy po uciętej ręce pozostanie, nawet kiedy zapomnimy słowo „ręka”.

Coś się jednak zmieniło, kiedy teraz, prawie dekadę po jej śmierci, spędziłem z nią parę miesięcy, przygotowując do druku tom jej opowiadań „Życie Lali przez nią samą opowiedziane”. W dziwnym odwróceniu: to ona, która wprowadzała mnie kiedyś w świat literatury, była teraz debiutantką, a ja – pisarzem z jakimś tam dorobkiem, który redaguje jej teksty. Odkrywałem na świeżo jej poczucie humoru, nieznane mi wcześniej wspomnienia, a przede wszystkim coś zasadniczego dla jej charakteru: podstawową, najgłębszą przyzwoitość, niezgodę na ludzką krzywdę.

I wtedy wróciła do mnie w inny sposób, przynosząc jakąś zgodę na to, że wywietrzeje z mojej głowy zupełnie, z kolei potem ja wywietrzeję z głów innych ludzi, zostaną po nas książki, a i to na krótko.

I tak też jest dobrze – zamiast się tym zamartwiać, cieszmy się, że było nam dane poznać się, żyć koło siebie, kochać. Nie ma nic większego.

***

KONKURS Z NAGRODAMI:

Kim jest najważniejszy człowiek w twoim życiu

Stałeś się dzięki niemu lepszy, mądrzejszy, bardziej wartościowy. Kim on jest, co dla ciebie znaczy?

Opowiedz nam o nim, razem napiszmy jego historię. Może to właśnie twój bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. Daj mu szansę, zasługuje na to.

Aby pomóc w pracy nad waszymi opowieściami, wyruszamy w Polskę, by uczyć pisania. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych. Nasi dziennikarze Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii i poświęcą waszym opowieściom dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans.

Wyborcza.pl/akademiaopowiesci.

Prace do 8 tys. znaków przyjmujemy do 31 marca 2017 r. I nagroda będzie miała wartość 5 tys. zł, II – 3 tys. zł, III – 2 tys. zł

"Życie Lali" - w wyborze Jacka Dehnela [PRZECZYTAJ FRAGMENTY]

Arkadia

Każdy z nas nosi w sobie arkadię, obszar utraconego dzieciństwa, rządzony nierzeczywistymi prawami nieistniejącego już porządku. Moja arkadia miała wymiar i kształt skromny: wieś okolona wzgórzami, łąki nad wąską rzeczką, sosnowy las, pola poprzecinane groblami usypanymi z kamieni, kamienny dom z drewnianym gankiem, sad z czereśniami, lepkimi od soku. Tak to wyglądało z pozoru, dla obcego przybysza, który – gdyby w ogóle zechciał się tu fatygować z miasta odległego o dwadzieścia kilometrów – dotarłby zamieniony w białą kukiełkę, wszystko bowiem: i szosa, i pola wzdłuż szosy, przesycone było wapiennym pyłem, który wżerał się w oczy, usta, włosy, a ubranie pokrywał białym płaszczem. Drewniane koła furmanek, okute żelaznymi obręczami, klekotały po nierównej drodze, z daleka zapowiadając gościa.

Mój świat był jednak całkowicie od dźwięków dolatujących z szosy niezależny; wszystko, co dawało szczęście, było na miejscu. A więc, przede wszystkim, trawa. W ogrodzie puszysta i przetykana dzikimi kwiatami – na wiosnę szukałam w niej żółtych gwiazdeczek pięcioramiennych, lśniących jak emalia, płożących się nisko, tak że trzeba było rozchylać źdźbła trawy głęboko, do samej ziemi; można też było tam czasem znaleźć dziką truskawkę, maleńką jak poziomka, o smaku pełnym słońca. Na podwórzu trawa była krótsza, gęstsza, uginała się jak dywan. Spacerowały po niej krowy i piękny koń kasztan, który znał różne cyrkowe sztuki.

Ogród dzieliła od podwórza aleja klonów i akacji. Olbrzymia samotna akacja rosła też na rogu, koło wozowni, obsypana na wiosnę białymi gronami. Czy znacie zapach kwitnącego klonu? Jest to niewątpliwie drzewo męskie, poważne, nawet w porze, kiedy obsypane jest skrzydełkami nosków, ale wczesną wiosną zamienia się w olbrzymi kwiat, złożony z malutkich, żółto-zielonych bukiecików, lepkich od miodowego zapachu. Taka akacja to drzewo pożyteczne: chłopi przychodzili, aby naciąć jej gałęzi na szprychy koła, nawet świeżo ściętą da się palić w piecu, można jeść jej kwiaty, smaczne jak owoce, jest piękna – ale moim najukochańszym drzewem zawsze pozostanie klon. Więc tyle o drzewach. A nie, przecież były jeszcze kasztany, z których wyłuskiwało się lśniące cielątka i źrebaki, i była ogromna lipa, która kradła słońce z południowego okna, a ocieniała krzewy pąsowego bzu. To nic – mówiła babka – za to jak kuż wszędzie bzy przekwitną, u mnie bukiet przed oknem stoi.

***

W upalne dni można się było ukryć pod ogromnymi parasolami jaśminów. Chowałyśmy się tam z wiejskimi dziećmi, głuche na nawoływania dorosłych. Obok nas grzebały kury, a dzieci opowiadały się w dziwnych sprawach, do których nie miałam dostępu: o kąpielach pod kołem młyńskim, o nocnej pasionce, o pieczeniu kartofli, o wyprawach na cudze jabłka. Konie wyganiało się na błonia, siedziało się przy ognisku, słuchało strasznych bajek o diabłach, księżyc świecił, konie chrupały trawę po nocnej rosie, gdzieś w oddali pies zaszczekał; dzieciaki grzały się starymi kożuszkami, dymem z ogniska i własnymi, ciasno przytulonymi ciałami; jeśli przysnęły, za chwilę budziły się nagle, przerażone parskaniem chrap pasącej się kobyły. Jabłka zaś najlepsze były u księdza i na folwarku, bo poza tym na wsi nie było żadnego sadu, tu i ówdzie rosła tylko niebotyczna, zdziczała jabłonka lub polna grusza, ulęgałka. Więc chłopaki zakradały się na plebański ogród, i to nie był żaden wstyd, ani grzech – oczywiście w pojęciu chłopaków, a nie księdza. Trzeba było znaleźć dziurę w płocie, cichutko przez nią przeleźć i wskoczyć na upatrzoną wczesną jabłonkę. W bluzach z gumką na dole można było zmieścić kilka kilo. Jeden musiał zostać na zewnątrz, na czatach, później sprawiedliwie oddawano mu jego dolę. Jeśli tylko coś im zagroziło – na przykład pies już był spuszczony z łańcucha albo gospodyni coś usłyszała – ten stojący na czatach odwracał uwagę. Mógł barabanić kluką po sztachetach lub inaczej drażnić psa – reszta uciekała na bezpieczną odległość, a księżowy burek aż chrypł od furii.

To były jednak sprawy zakazane, nawet myśleć o tym nie było można. Myśmy chodzili do lasu, nad rzekę do łany, czyli kładki nad rozlewiskiem wśród łąk, o których sąsiedzi mówili: tyle tam kwiatów, że herbatę można parzyć z tego siana. W mieście ludzie nie wiedzą, jak ziemia potrafi pachnieć. Na wiosnę, w czas orania, gdy skiby odwalają się lekko, skruszone przez zimowy mróz, ziemia pachnie jeszcze tym utajonym, głęboko schowanym styczniowym zimnem, świeżym i orzeźwiającym, jak pierwszy śnieg.

Potem zagrzewa się i wydobywa z głębi ukryte zapachy: ciepłych zbutwiałych liści, przegniłego dawno nawozu, ziół. W lecie pachnie albo świeżym deszczem, albo, w czas suszy, prażonym kurzem, przywiędłą miętą lub słodką trucizną żółtego łubinu. Jesienią łętami, mchem, a całe pole owiane jest dymem pieczonych kartofli; czasem z pobliskich sadów nadleci powiew smażonych w kotłach powideł lub kwaśny odór psujących się jabłek. Są jeszcze stawy, gdzie butwieje trzcina i zagajniki, w których rosną podgrzybki – one też mają swój zapach.

I ta ziemia narzucała terminy wszystkim, nawet czupurnym młodym kawalerom. Wieczorne wyprawy do sąsiedniej wsi i nocne stamtąd wracanie, swaty, wesela, chrzciny – wszystko to było zawsze uzgodnione z ziemią, która pozwalała chodzić do dziewczyny, dopiero kiedy skończyło się robotę. Jeśli któryś chciał statecznie, w dzień, to późną jesienią i zimą; ale jeżeli rozmarzyło go słonko wiosenne, to mógł tylko kraść godziny nocne – wymieniać pocałunki w długim cieniu drzewa, gdzie pary chowały się przed ostrym światłem księżyca. Ziemia nie dawała zwolnień, za dnia była robota. I z weselem czekało się do zakończenia żniw, z chrzcinami na wolniejszą, zwolnioną przez ziemię chwilę.

Droga do lasu, jak wszystkie drogi w tej okolicy, usiana była kamieniami, na których widniały odciski muszli, paproci, owadów (dopiero po latach dowiedziałam się po jakich skarbach deptaliśmy codziennie); takie same odciski znajdowałam na kamionkach wśród pól, gdzie chodziło się wiosną po fiołki i żółte kluczyki, i po gałęzie tarniny, kwitnące różowo, jak u Prousta. Latem nastawał czas owoców: ciężkie czereśnie pryskały sokiem, spadając z drzew wysokich jak topole, od opadków papierówek i  śliwek drętwiał język, na podwórzu trawa żółkła od słońca. Kiedy otwieraliśmy furtkę do ogrodu, koń bezszelestnie zjawiał się za naszymi plecami i odsuwając nas od płotu, podstępem wślizgiwał się do sadu.

Tu trawa była bardziej zielona, leżało pełno owoców – on też chciał mieć swoją Arkadię; ostrożnie przechodził koło klombów pełnych pachnącej werbeny, omijał pąsowe piwonie i aleję żółtych lilii, i lekkim kłusem podążał w odległy róg ogrodu, udając, że go w ogóle nie ma. Gorzej, kiedy z zamieszania korzystały krowy, chamki, które nie miały w sobie nic z elegancji kasztanka; przełaziły prosto przez klomb, tratując werbeny, pozostawiając placki nawozu, pakowały się na aleję liliową, i rozpoczynały dzieło zniszczenia. Za krowami zresztą natychmiast lazły kaczki i gęsi. Ale o tym lepiej zamilczeć!

Jesienią były oczywiście jabłka, gruszki, ale to nie było najważniejsze – najważniejsze były żółte, czerwone i pomarańczowe liście klonów, szeleszczące pod stopami. Dymy z palonych kartoflowych łęcin niosły się z daleka, wróżyło się z nich pogodę. Ale najlepiej było wejść wieczorem na dach piwnicy, stojącej w cieniu ogromnej akacji; jeśli widać z niej było ruiny zamku królowej Bony, otoczone lekką mgiełką – pogoda murowana; jeśli zamek rysował się ostro – czekał nas wiatr, a jeśli ukrył się za mgłą – deszcz. O zmierzchaniu można było jeszcze ukraść trochę słońca, siedząc w jadalni na dziadkowym fotelu przy oknie. Wielka kula słońca zachodziła za górę i las, i zapalało się lampę naftową, wiszącą nad ogromnym  stołem.

*

Kiedy po latach wróciłam do swojej Arkadii, zrozumiałam jak zwodnicze były ścieżki szczęścia, po których chodziłam w dniach dzieciństwa. Droga do lasu była kamienistym traktem bez odrobiny cienia, na którym kobiety, niosące w upalne południe dwojaki z jedzeniem dla kosiarzy, i gęsiarki, pędzące gęsi na dalekie błonia, obtłukiwały bose nogi. Kamionki, porośnięte różową Proustowską tarniną, nie wyrosły same. Rokrocznie po orce trzeba było wybierać kamienie z pola i układać je w pryzmy, aby na tej jałowej glebie w ogóle cokolwiek wyrosło. Las, wspaniały las mego dzieciństwa, okazał się karłowatym sosnowym zagajnikiem, dusznym i suchym, rzeka – skąpą strugą, na której nigdy nie zbudowano mostka; nadal trzeba było przechodzić po chybocącej kładce, bo ci zza rzeki twierdzą, że to nie ich grunt, a nasi, że to tamtym potrzebny most, bo chodzą tędy w niedzielę do kościoła. Tylko łąka rodziła zioła, z których herbatę można parzyć.

Gdybym była turystką, mogłabym poprzestać na zachwycaniu się drogą, wijącą się malowniczo wśród omszałych chałup, niebieskimi pasami na bielonych ścianach – znak, że w domu jest panna na wydaniu – strumyczkiem obrośniętym krzewami tarniny, suszącymi się na chwaścianych płotach glinianymi garnkami. Byłam jednak stamtąd. Widziałam więc drugie dno: trzydziestoletnie staruszki, które zdążyły już pochować czworo, pięcioro dzieci – płakała, płakały, pomarły; widziałam tragiczne lub zapite oczy mężczyzn bez jutra, rozmawiałam z nauczycielem, który rozkładał bezradnie ręce, mówiąc: kolejny rok, że wszyscy powinni iść do miasta na dalszą naukę, tacy zdolni, ale cóż, jak jeden pójdzie, to będzie dobrze; widziałam okienka zasłonięte ściółką, żeby nie zmarznąć w zimie, podwórka z rozlaną gnojówką, w której bawiły się obdarte dzieciaki. Nic nie zostało z Arkadii. A potem przyszła wojna i zniszczyła nawet klony i akacje.