Czym jest Akademia Opowieści? Opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu. Wasze prace będziemy przyjmować od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku [WIĘCEJ]

Wypełnij zgłoszenie konkursowe

Zapoznaj się z REGULAMINEM

 

Nie był łatwą osobą, ale zdążyłam się z nim pogodzić, ułożyć, wybaczyłam mu wszystko. Zastrzegam, że on niczego złego nie zrobił poza tym, że umarł, kiedy skończyłam 12 lat.

Zastanawiałam się jeszcze nad mamą, również niezwykle ważną w moim życiu. Ale nie żyje dopiero od 15 lat – jeszcze wyjaśniają się sprawy między nami.

Nikt mnie nie irytuje tak jak matka. Dorośli rozliczają rodziców

Co znaczy „ułożyć”?

– Zrozumieć kogoś i siebie w naszych wspólnych relacjach. Wybaczyć to, co miało się za złe, zobaczyć to, co było dobre, i docenić.

Ojca zrozumiałam bardzo późno. Miałam mu za złe, że mnie zostawił, gdy miałam te niecałe 13 lat. Był górnikiem w kopalni Katowice. Po wojnie przyjechał na Śląsk z Podlasia, poznał mamę, która przyjechała z Lubelskiego.

Zawsze towarzyszył mi strach. Bałam się, że ojciec nie wróci z kopalni. Mama zajmowała się domem i trzema córkami. Miałyśmy rytuały. O piętnastej stałyśmy w oknie, wypatrując ojca. Wysiadał z pociągu, szedł charakterystycznym krokiem pod lasem, zawsze niósł pod pachą drewniany klocek – kopalniany przydział. Stałyśmy w oknie i mówiłyśmy: „Idzie!”. Mama nalewała zupę i stawiała na stole.

Zdarzyło się, że nie przyjechał tym pociągiem. Mama ze złości wlała zupę z powrotem do garnka i powiedziała: „Czekamy dalej, do następnego pociągu”. Przyjechał, ale oczekiwanie było okropne.

Gdy po raz pierwszy przyszedł spóźniony po pracy, być może po piwie z kolegami – mama trzasnęła go dwa razy w twarz. Z jednej i z drugiej strony. I wlała zupę do talerza. Był przez mamę krótko trzymany, bo wszystkiemu towarzyszył lęk, który tego dnia przerodził się w agresję.

W końcu ojca zabrakło. Ale nie zginął na posterunku, zmarł na raka, w pół roku. Ale wtedy się o tym nie mówiło.

Rak był tabu?

– Była to wstydliwa choroba. Umarł na raka, jakby to była jego wina. Jakby był gorszy. W przypadku górników – faktycznie tak sądzono. Mama czuła się wdową gorszej kategorii. Gdyby ojciec zginął w pracy, byłaby bardziej doceniona przez sąsiadki. A odszedł tak banalnie, została sama z trójką małych dzieci. Długo nie mogłam mu tego wybaczyć.

Dwa pogrzeby górnika. Rozmowa z Lidią Ostałowską i Dariuszem Kortką

Przecież musiała pani widzieć, jak cierpi?

– Kiedy zmarł, ważył 37 kilogramów. Umierał na raka przełyku. Odwiedzałyśmy go w szpitalu w Krakowie, czasem wracał do domu. Widziałam, jak odchodził. Było to dla mnie bolesne, bo mama nie była w stanie zająć się nami emocjonalnie, tłumaczyć, co się dzieje. Walczyła o przetrwanie rodziny, zapewnienie bytu. Sama cierpiała i pomagała ojcu. Pamiętam moment, w którym odszedł, choć nie było mnie przy nim. Przyszedł do mnie we śnie, pomachał, przytulił, poczułam jego szorstkie wąsy na swojej dziewczęcej buzi. Zrozumiałam.

Kiedy jechałyśmy autobusem do szpitala, myślałam: po co? – przecież już go nie ma. Mama weszła do sali, po chwili wyszła zapłakana.

Nie byłam w stanie się rozpłakać. Zamknęłam się w sobie. W poniedziałek normalnie poszłam do szkoły, byłam jak kamień. Zresztą ojciec powtarzał mi, że muszę być pilną uczennicą i że lepiej uczyć barany, niż paść barany. Weszłam do klasy spokojnym krokiem, choć wszyscy musieli wiedzieć.

Po śmierci ojca podkradłam jego sweter. Bardzo go lubiłam, to był brązowy golf z owczej wełny. Gdy mama pozbywała się rzeczy po ojcu, zabrałam go i miałam przy sobie przez wiele lat. Pamiętałam, jak ten sweter mnie gryzł, gdy siadałam mu na kolanach, a on czytał mi wiersze lub śpiewał rosyjskie pieśni. Zabrałam ten sweter na swoje, a wyszłam za mąż wcześnie, gdy miałam 18 lat.

Kiedy już byłam matką dwóch nastolatek, wróciłam pewnego dnia do domu i drzwi otworzyła mi młodsza córka. Stała w podartych dżinsach i w swetrze mojego ojca. Zamarłam, gdy ją zobaczyłam. A ona miała do mnie pretensje: „Co się tak gapisz? Jak coś fajnego, to chowasz na dnie szafy albo na najwyższej półce!”. Powiedziałam jej, że to sweter po dziadku. Miał postrzępione rękawy, był powygryzany przez mole, ale moja córka doszła do wniosku, że to najlepszy sweter, jaki miała.

Napisałam potem swój pierwszy wiersz, miałam 37 lat. Nosi tytuł „Sweter”, wygrałam nim konkurs literacki. Ale ta sytuacja – córka w swetrze ojca – spowodowała coś jeszcze: zaczęły mi się przypominać rzeczy, których nie miałam podobno prawa pamiętać.

Rodzinne tajemnice?

– Tak. Nagle wróciłam na Brzozową 20 w Katowicach, do przedwojennej willi, w której mieszkaliśmy w suterenie.

Odblokowała mi się pamięć. Przypomniałam sobie układ tego mieszkania, ustawienie mebli. Wyświetliła mi się nawet taka scena: ojciec wychodzi do pracy nad ranem, jest jeszcze ciemno. Mama wyprawia go do kopalni, my leżymy jeszcze w łóżeczkach. Tata wraca w obstawie dwóch mężczyzn z bronią i mówi: „Przyszedłem się pożegnać”.

Mama strasznie płacze, leży na podłodze. Ojciec próbuje ją podnieść, ale ci mężczyźni go odciągają, wyprowadzają z domu. Wyszedł po amnestii w 1956 roku, po kilku miesiącach.

Za co go aresztowali?

– To było kolejne tabu w naszym domu. Gdy pytałam mamę, dlaczego zwraca się do taty „Staszku”, skoro w dowodzie ma napisane „Henryk”, zawsze zdawała się to pytanie bagatelizować. Zaczęłam poznawać prawdę, gdy wyszłam za mąż, miałam 18 lat. Potrzebowałam świadectwa chrztu, bo brałam ślub kościelny. Mama powiedziała, że byłam chrzczona u oblatów. Ale w kościele metryki nie było. Powiedziałam mamie, że nie ma „Mieczysławy Marty Siemieniuk”. Na co ona odpowiedziała: „A wiesz, bo ty byłaś chrzczona pod Szymaniuk”.

Potem wyjaśniła resztę: „Tata się ukrywał. Jako nastolatek poszedł do Armii Krajowej. Używał tam pseudonimu Fox. Po wojnie przyjechał na Śląsk i musiał się ukrywać. Poszedł do pracy na kopalnię jako cieśla”. I tyle, bo „lepiej nie wiedzieć”.

Gdy ojciec wyszedł z więzienia, wyprostował swoje nazwisko. Pytałam o powód jego aresztowania, ale nikt nie chciał powiedzieć. Zajęłam się tym dopiero po śmierci mamy, a jeszcze przed słynną „listą Wildsteina”. Złożyłam papiery w IPN-ie, ojcu przyznano status pokrzywdzonego, a ja jestem pokrzywdzoną córką pokrzywdzonego ojca.

A wie pan, że ten brązowy sweter podczas wojny uratował mu życie? Trafił do więzienia w Siedlcach, ale udało mu się uciec. Biegł półnagi i ktoś, inny więzień, przez okno rzucił mu właśnie ten golf, by nie umarł z wycieńczenia i mrozu.

Ktoś doniósł?

– I wiem, kto. Bliski znajomy naszego domu. Już nie żyje. A ja nikomu nie powiedziałam, kto to. Nawet swoim siostrom. Po co? Niech dowiedzą się same, choć nie jest łatwe noszenie tego ciężaru.

Marta Fox: Bez ołowiu w tyłku nie ma rezultatów

Skoro ojciec jest najważniejszą osobą w pani życiu, to znaczy, że – choć spędziliście ze sobą niewiele czasu – bardzo dużo musiał pani dać.

– Bardzo szybko stałam się dorosła, gdy odszedł. Przez całe życie czułam się bardzo odpowiedzialna, także za mężczyzn, z którymi się wiązałam. To skaza. Być może wybierałam sobie takich – mam teraz drugiego, ale z pierwszym dwukrotnie brałam ślub – którzy nie byli macho, nie byli superbohaterami. Szukałam wrażliwców, którymi trzeba się zaopiekować, stworzyć dla nich bezpieczny kokon. Szukałam takich jak mój ojciec.

Myślę, że ojciec był poetą, chociaż nie napisał ani jednego wiersza. Miał różne powiedzonka. Na zawsze zapamiętałam to, że w każdym zawodzie jest mistrz, rzemieślnik i partacz. Chodzi o to, żeby nie partaczyć. Noszę to zdanie od kilkudziesięciu lat w tyle głowy. Żeby nie partaczyć.

Kiedyś poprosiłam, by wpisał się do mojego pamiętnika. To był banalny wierszyk: „Na górze róże, na dole bez, ucz się, Lisku, dobrze, ale bez łez”. Nazywał mnie liskiem – miałam szczupłą buzię z wystającym nosem, wydatnym. Myślałam, że to dlatego, ale później dowiedziałam się, że w partyzantce używał pseudonimu Fox, czyli „lis” właśnie. Dziś to moje nazwisko. Najpierw dodałam je urzędowo do nazwiska męża, a po rozwodzie zostałam przy jednym, odziedziczonym po ojcu. I jestem Martą Fox już 30 lat.

Ojciec nauczył mnie rosyjskich pieśni, które znam do dzisiaj. Dzięki niemu polubiłam ten język. Dzięki niemu sięgnęłam też po poezję Broniewskiego, ponieważ tata zawsze powtarzał, że to wielki poeta, a nie tylko rewolucjonista.

Niewiele tego było, co mi dał, prawda? A wystarczyło na całe życie. Choć nigdy mi nie powiedział, że mnie kocha.

A pani jemu?

– To był zimny wychów. W naszym śląskim domu nie padały takie słowa. Nauczyłam się mówić, że kocham, jako dorosła osoba, gdy podejrzałam to u innych. Moja mama powiedziała mi, że mnie kocha, gdy była staruszką.

Pisarka Marta Fox: W zawodzie jest mistrz, rzemieślnik i partacz. Chodzi o to, by nie partaczyć

To dobrze czy źle?

– Dobrze, żeśmy się w końcu nauczyli mówić o uczuciach. Bo wcześniej wyrażało się je gestami. Kiedy zrozumiałam, że ojciec był bardzo skrzywdzonym przez życie człowiekiem i że nie było w tym jego winy, że mnie zostawił, pogodziłam się z nim i z sobą. Nie miałam mu już niczego za złe.

A o co pani ojca nie zapytała, a chciałaby?

– Czy bał się mojej mamy, czyli żony. Był bardzo milczącym człowiekiem, zarabiał pieniądze, przynosił je do domu i oddawał żonie. Dawał mnie i moim siostrom poczucie bezpieczeństwa, czytał nam bajki, przytulał nas, dawał ciepło. Ale jakie były jego relacje z mamą? Czy dał się zdominować?

Palił papierosy Żeglarze. Mama na cały miesiąc kupowała mu zapas.

A gdyby się przyznał, że się bał?

– To ja bym mu powiedziała, że też się bałam. I byśmy się zrozumieli... Mama – nasza toksyczna relacja – to jeszcze niezamknięty rozdział w moim życiu.

Zapytałabym też, czy jest ze mnie zadowolony. Z córki, która po 20 latach pracy jako nauczycielka rzuciła zawód i wszystko zmieniła – stała się pisarką i poetką. Mama tego wyboru nigdy nie poparła, nigdy mnie nie wspierała. Nigdy nie przeczytała mojej pierwszej powieści. Powiedziała tylko: „Wiesz, gdybyś pisała jak Kraszewski...”.

Twierdziła, że ojciec przewraca się w grobie, widząc, co ja robię ze swoim życiem. A ja myślę, że tata by mnie bez słów przytulił.

KONKURS Z NAGRODAMI:

Kim jest najważniejszy człowiek w twoim życiu Stałeś się dzięki niemu lepszy, mądrzejszy, bardziej wartościowy. Kim on jest, co dla ciebie znaczy? Opowiedz nam o nim, razem napiszmy jego historię. W konkursie szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie twój bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Daj mu szansę, zasługuje na to. Aby pomóc w pracy nad waszymi opowieściami, wyruszamy w Polskę, by uczyć pisania. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych. Nasi dziennikarze Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii i poświęcą waszym opowieściom dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans. Prace do 8 tys. znaków przyjmujemy do 31 marca 2017 r. I nagroda będzie miała wartość 5 tys. zł, II – 3 tys. zł, III – 2 tys. zł

Więcej na: wyborcza.pl/akademiaopowiesci

SPOTKAJ TOKARCZUK I HOLLAND

6 lutego o godzinie 19 w naszej siedzibie przy Czerskiej 8/10 w Warszawie odbędzie się spotkanie dla prenumeratorów „Wyborczej” i czytelników, którzy kupują nasze pismo w kioskach. Gośćmi „Wyborczej na Żywo” będą Agnieszka Holland, reżyserka „Pokotu”, i Olga Tokarczuk. Spotkanie poprowadzą nasi dziennikarze: Ewa Wieczorek, redaktor naczelna „Wysokich Obcasów Extra”, i Michał Nogaś. Porozmawiamy o tym, jak powstawał film, dlaczego Agnieszka Holland zdecydowała się zekranizować powieść Olgi Tokarczuk, o miłości do zwierząt i niechęci do myśliwych, o pięknie Kotliny Kłodzkiej oraz o roli i miejscu kobiet w społeczeństwie.

Prosimy o rejestrację: na stronie pokot.evenea.pl lub telefonicznie: 225555455.