* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem

Jan Kondrak: – W moim życiu jest kilka osób, których twarz ciągle widzę pod powieką i w uszach słyszę ich słowa. Ale w tym najważniejszym etapie, kiedy stawałem się pełnokrwistym, dorosłym człowiekiem, był ktoś, kto dał mi ostateczny szlif na drogę. Mój mentor, nauczyciel i przyjaciel.

Kacper Sulowski: Gdzie rozpoczyna się ta historia?

– W 1981 roku zacząłem studiować filologię polską na UMCS. Chciałem zostać pisarzem. Po kilku dniach portierka na wydziale przekazała mi kopertę. W środku było zaproszenie z adresem prywatnego domu na Sławinku i podpis „Janusz Kukliński”. Poszedłem. Otworzył mi mężczyzna w średnim wieku. Ogrodnik, hodowca hortensji. Jego żona wykłada na KUL historię sztuki. Dom na Sławinku przy ul. Zakładowej to skromna, jednoizbowa chata. Gospodarstwo odziedziczone po stryju. W ogródku szklarnia, a na strychu jakby złożone w kostkę muzeum Edwarda Stachury.

Czyli poety, który w pańskim życiu odegrał kluczową rolę.

– Pierwsze muzyczne frazy do Stachury wymyślałem w rodzinnym Adelinie, przerzucając widłami buraki na przyczepę ciągnika. Jego twórczość była dla mnie odkryciem językowym i moralnym. Czymś, co uważałem za najważniejsze przesłanie. Teksty Edwarda Stachury nadawały sens życiu w każdym jego przejawie. Uwznioślały je, czyniły ważnym i prawdziwie świętym. Zwracała uwagę śmiałość leksykalna i syntaktyczna. Osiągnął niezwykły, oryginalny ton „retoryki intymnej”. I wtedy poznałem człowieka, który się z nim przyjaźnił i był świadkiem powstawania jego największych utworów.

Dlaczego Kukliński zwrócił na pana uwagę?

– Natknął się na książkę Zbigniewa Dmitrocy, w której poeta zadedykował mi jeden z wierszy. Napisał: „Janowi Kondrakowi, Tobie Jasiu, kiedy śpiewasz Stachurę”. Nie mogło to umknąć Kuklińskiemu, który gorączkowo zbierał wszystko, co związane było z postacią i twórczością pisarza. Najpierw dotarł do Dmitrocy, potem do mnie. Okazałem się godny zobaczenia jego kolekcji. Janusz ma na strychu niemal wszystkie wydania książek i tomików pisarza. Większość z tłumaczeniami nawet na kilkadziesiąt języków. Pokazał mi też kserokopie wydawnictw, których wtedy nie można było zdobyć. Były plakaty imprez, które organizowano na całym świecie w związku z literaturą Stachury, prace naukowe na jego temat, plakaty przedstawień teatralnych, zbiór listów. To także pamiątki prywatne. Kiedy się spotkaliśmy, Stachura nie żył od dwóch lat. Kukliński poznał go podczas jednego z wieczorów literackich. Po wydarzeniu Janusz podszedł do poety i zaczęli rozmawiać. Podobno przegadali całą noc. Od tamtej pory przyjaźnili się aż do śmierci pisarza.

JAKUB ORZECHOWSKI

Dużo o nim opowiadał?

– Mógł mówić bez końca. Ale jeden fakt utknął mi w pamięci na dłużej. Stachura, kiedy pisał, był jak w transie. Kiedy kończył kolejne dzieła, potrafił nie jeść przez kilkanaście dni. Przegryzał czasem owoce, które przynosił mu Kukliński. Jako jedyny miał wtedy wstęp do jego domu w Warszawie. W ten sposób był świadkiem narodzin jego najważniejszych dzieł.

Janusz zaimponował mi też wewnętrzną elegancją, a nawet pewnego rodzaju majestatem. Kiedy mówi, sprawia wrażenie człowieka, który o świecie wie wszystko. Ma w sobie też coś arystokratycznego. To godność, która przykuwa uwagę i każe słuchać. Poza tym to człowiek, który spędził życie na, jak mówił, słowiarstwie. Przez długie lata był tłumaczem w enerdowskiej telewizji. Jest fanem słowa. Zastanawia się nad każdym niuansem, prefiksem i sposobem budowy słów i zdań. Tak jak ja. I tak jak Stachura, który gdzieś zza światów doprowadził do naszego spotkania.

U Kuklińskich zawsze bywało dużo ludzi. Podobno tylko kilka dni w roku obiad jedli w samotności.

– Janusz niemal codziennie zapraszał w gościnę. W latach 80. założył Poetycki Zakład Ogrodniczy. Zarobione na sprzedaży hortensji pieniądze inwestował w twórcze i inspirujące spotkania młodych poetów, którzy na kilka dni przyjeżdżali do niego z całej Polski na kulturalne biesiady. Spotkania odbywały się w ogródku lub w kilkumetrowej izbie w domu. Nieodłącznym ich elementem były dania jednogarnkowe. Jedliśmy gulasz, rozmawialiśmy i śpiewaliśmy. Po kilku latach hortensje upadły. Spotkania przeniosły się do Chatki Żaka. Przez długi czas były jedną z najważniejszych imprez kulturalnych w mieście.

Co na to pani Kuklińska?

– Janusz uwielbiał życie towarzyskie, a Bożena wolała ciszę. Podchodziła do nas z dużą rezerwą. Spośród tego grona poetów i śpiewaków wybierała sobie osoby, które uznawała za przyjemne i ciekawe. To nie było łatwe, bo wszyscy uważaliśmy się za pępki świata. Panoszyliśmy się. A panoszenie w domu, w którym rządzi kobieta, jest wyjątkową niezręcznością. Nikt nigdy nie dostał zakazu wstępu, ale małżeństwo Kuklińskich często narażane było na próby. Po urodzinach ich syna spotkania odbywały się znacznie rzadziej.

Jaką rolę pan odgrywał w tym środowisku?

– Zostałem wytypowany na nadwornego pieśniarza. Grali i śpiewali wszyscy, ale ja byłem ten domowy, jedynak, pieszczoch. Kukliński uczył mnie chodzenia z podniesioną głową i dążenia do wielkości. Uczył tego, że trzeba się wznieść ponad oczywistość i przeciętność. Zachęcał, żeby zobaczyć siebie na szczycie piramidy. Chciał, żebym został zawodowym śpiewakiem.

JAKUB ORZECHOWSKI

Jak to myślenie przełożyło się na rzeczywistość?

– To on zorganizował mi pierwszy profesjonalny koncert. Zadzwonił do Domu Kultury na LSM i przekonał dyrektorkę, że powinienem tam zagrać utwory Stachury. Sala pękała w szwach. Tak zadziałały popularność Edwarda, aktywność Kuklińskiego i mój głos.

Pani dyrektor była zachwycona. Za koncert dostałem 700 zł, czyli podwójną stawkę dziennikarską. Tyle, ile płacono znanemu dziennikarzowi za dwa spotkania z fanami. Wystarczyło na dwa, trzy miesiące studenckiego życia. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że robiąc to, co lubię, mogę zarabiać pieniądze. Potem moja kariera znacznie przyspieszyła. Uniosłem się na fali popularności Stachury, a tu, w Lublinie, byłem z tym pierwszy i oryginalny. Jako jedyny śpiewałem cały poemat „Missa Pagana", z którym sobie nie chcieli poradzić ani Jerzy Satanowski, ani Czesław Niemen, choć Stachura miał z nimi umowę na jego wykonanie.

Kukliński dalej pomagał. Wypatrzył mi wiele ogólnopolskich imprez, na które kazał mi jechać. Katapultował mnie z Lublina w Polskę. Był mecenasem i menedżerem.

A polityka? Łatwo było być artystą w stanie wojennym?

– W domu Kuklińskich ciągle było dużo ludzi. To wzbudziło zainteresowanie SB, która inwigilowała Janusza przez długi czas. Choć on sam unikał polityki. Rzadko o niej rozmawialiśmy. Kiedyś w jego szklarni zorganizowałem spotkanie z Januszem Opryńskim, który wykładał nam literaturę emigracyjną. Innym razem trzeba było nagrać kasetę dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej Mirosława Chojeckiego. Znajomi z Warszawy wykradli magnetofon „Kudelski” z magazynów radiowych, a w szklarni Janusza zaaranżowaliśmy studio nagraniowe. Tylko w taki sposób Kukliński angażował się w politykę. Ale miał w sobie dużo brawury i kozackiej odwagi. W latach 70. dzwonił np. do składnicy maszyn rolniczych i załatwiał przydział na deficytowy sprzęt, podając się za I sekretarza KC PZPR. Skutecznie.

Dzisiaj przychodzi na pańskie koncerty?

– Jest pierwszym i najważniejszym recenzentem wszystkiego, co robię. Kiedy kończę jakiś projekt, zawsze zastanawiam się, co by o tym powiedział Kukliński. Ten nawyk zostanie ze mną pewnie do końca. Na premierach wolałbym, żeby go nie było, bo boję się, że mnie skrytykuje. Wielokrotnie tak było.

Jak sobie pan radzi z tą krytyką?

– Nie radzę. Choruję przez dwa tygodnie.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Lubelska Federacja Bardów, czyli integracja środowiska muzyczno-literackiego, a także cykl spotkań Galeria Postaci na zamku nie wzięły się znikąd. Czuje pan, że musi przejąć pałeczkę i kontynuować tę myśl Kuklińskiego?

– Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że dokładnie tak jest. Podjąłem wyzwanie i pałeczkę przejąłem. Na razie nie wiadomo, z jakim skutkiem ostatecznym. Walka trwa. A pałeczka jest wymyślona przez Stachurę w ramach teorii jedynek. Jedną z jedynek, czyli naczelnych zasad dobrego życia w projektowanym przez Stachurę świecie, jest nieuchylanie się od udziału w sztafecie wielkich. Obaj - Stachura i Kukliński - nie znosili płycizny, która jest przypisana estradzie. Estrada nie może przenieść głębi filozoficznej, choć usilnie starałem się o tę głębię, co z kolei odcięło mnie od kontaktu z masową publicznością.

Podczas Galerii Postaci mam okazję do ukazania tej głębi w oprawie estetycznej. Pokazuję naukowców, ściganie prawdy, nie sprowadzam ludzi, którzy byliby tylko efektowni. Ale takich, którzy mają szalenie istotną rzecz do przekazania.

Przy okazji robię dla młodych miejsce, czyli to, czego mnie zabrakło na początku kariery. Mianowicie „infrastruktury społecznej” do występowania i możliwości kontaktu z profesjonalnym światem muzyki. A Lubelska Federacja Bardów? Naturalne bogactwo Lubelszczyzny według Artura Andrusa? Cóż, urosła pięknie sama. Ja tylko spulchniłem glebę na zboczu.

Jan Kondrak

Rocznik 1965. Pochodzi z Adelina, małej miejscowości w okolicy Hrubieszowa. Ukończył filologię polską na UMCS. W latach 80. i 90. został laureatem większości prestiżowych festiwali piosenki w Polsce, m.in. Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie, Krajowego Festiwalu Piosenki w Opolu i świnoujskiej Famy. Pod koniec lat 90. założył Lubelską Federację Bardów działającą na wzór krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Z Federacją wydał dziewięć albumów, osiem kolejnych to płyty solowe. Na czterdziestolecie Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie został odznaczony Złotym Indeksem za „utworzenie księstwa piosenki literackiej w Lublinie”. Jest pomysłodawcą i koordynatorem cyklu spotkań Galeria Postaci, które odbywają się na Zamku Lubelskim. Wśród zapraszanych przez niego gości są naukowcy, pisarze i muzycy, którzy przed mieszkańcami Lublina prezentują swój dorobek. Jest autorem słów do kantaty jazz-rockowej "Zakochani w Lublinie", której pokaz w Centrum Spotkania Kultur inaugurował obchody 700-lecia Lublina.

JAKUB ORZECHOWSKI

AKADEMIA OPOWIEŚCI. KONKURS Z NAGRODAMI

Opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu.

Staliście się dzięki niemu lepsi, mądrzejsi, bardziej wartościowi. Kim on jest, co dla was znaczy? Opowiedzcie nam o nim, razem napiszmy jego historię. „Najważniejszy człowiek w moim życiu” to temat Akademii Opowieści, do której zapraszamy naszych czytelników. Szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie wasz bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Dajcie mu szansę, zasługuje na to. By pomóc w pracy nad waszymi opowieściami, wyruszamy w Polskę, by uczyć pisania. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych.
Nasi dziennikarze: Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii i poświęcą waszym opowieściom dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans.

Spotkanie w Lublinie w ramach Akademii Opowieści odbędzie się 14 lutego, we wtorek, o godz. 19 w sali czarnej Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN. Mariusz Szczygieł będzie rozmawiał z lubelskim aktorem Dariuszem Jeżem oraz reportażystką radiową Katarzyną Michalak.

Do Akademii będziemy powracać w „Dużym Formacie” oraz w naszym piątkowym „Magazynie Lubelskim”. Szczegółów oraz aktualnych informacji na temat Akademii szukajcie w naszym serwisie internetowym wyborcza.pl/akademiaopowiesci.

Jak wziąć udział w konkursie?

 

Na wasze opowieści czekamy do 31 marca 2017 r. Opowiadanie pod hasłem „Najważniejszy człowiek w moim życiu” nie może przekraczać 8 tys. znaków. Należy je wysłać za pośrednictwem formatki dostępnej. Zwycięzcom kapituła konkursu przyzna nagrody pieniężne, a ich opowieści zostaną opublikowane w „Dużym Formacie”, dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Szczegółowy regulamin konkursu znajdziecie w naszym serwisie internetowym: Akademia Opowieści.