* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem



- Zagotowałem w kuchni wodę i nie mam w czym wypić. Pożyczysz jakiś kubek? - zapytał cichutko długowłosy brodacz w czarnym rozwleczonym swetrze. Nie tylko wyglądał, ale i mówił jak Niemen. Kiedy szukałem kubka, zagadał.

- Co czytasz?

- Kunderę.

Chwila milczenia.

- A ten Kundera to lepszy od Norwida? - zarzucił wędkę.

Odłożyłem książkę, zapaliłem papierosa. Pogadaliśmy. Zrozumiałem, że chyba nie ma gdzie spać. Potem przez pół roku waletował u mnie w pokoju w akademiku KUL przy ul. Sławińskiego (obecnie Niecała). Studiowałem socjologię, on chyba polonistykę. Piszę "chyba", bo kim on był, nikt dokładnie nie wiedział, tzn. każdy w akademiku coś tam wiedział, ale nic na pewno.

- Ty, co to za gość u ciebie mieszka? - słyszałem niemal codziennie w naszej wspólnej kuchni na piętrze.

Nie wiem - odpowiadałem zgodnie z prawdą.

Po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania powiedział, że dlatego jeszcze nie uciekł, bo ja go kompletnie o nic nie pytam.

W pamięci same wygłupy

Mówiono na niego Mojżesz. Podobno nazwali go tak milicjanci w pewną styczniową noc. Przez pomyłkę zwinęli go do suki razem z pijaczkami okupującymi plac Litewski. Gdy już wszystkich zawieźli do izby wytrzeźwień, zorientowali się, że Marek wcale nie jest pijany. Spojrzeli po sobie. "A z tym Mojżeszem to co my k... zrobimy?" Wyrzucili go gdzieś na Czechowie. Marek mówił, że w takich sytuacjach pomagają aniołowie. Opowiadał o nich w naturalny sposób, jak o ludziach. W dyskusjach w akademiku jak lew bronił realnego istnienia aniołów. - Uczeń w szkole łatwiej uwierzy w elektrony niż w anioły. Do czego to podobne - denerwował się.

Z opowiadaniem o Marku mam problem. Jestem pewien, że gdyby nie on, na pewno byłbym gorszym człowiekiem. Jeszcze gorszym? Tak, tak, jeszcze gorszym. Ale jak o tym opowiedzieć? Zwłaszcza, że kiedy myślę o Marku, to w pierwszej kolejności przychodzą do głowy jakieś wygłupy.

Niedzielna msza. Długie, nudne kazanie. Marek podchodzi do lustra wiszącego na ścianie, wyjmuje grzebień, poprawia fryzurę, robi miny. Szum wśród wiernych.

Wchodzimy z Markiem do Czarciej Łapy, siadamy. Na chwilę idę do toalety. Nagle krzyk kelnerki. - Nie wpuszczamy tu narkomanów. Natychmiast opuścić lokal - personel wydziera się na Mojżesza.

Gwoli wyjaśnienia. Marek nie pił, nie palił, nie ćpał. Ale o tym wiedzieli nieliczni. Inni wiedzieli swoje, bo kiedy np. ktoś wchodził o północy do pokoju w akademiku, gdzie trwała pijacka impreza, Marek zawsze wyglądał na najbardziej rozbawionego, choć nie wypił ani kropelki.

Murek kwiatowy przy Krakowskim Przedmieściu, 4 czerwca 1989 r. Marek zaczepia starszą panią. - Wszyscy mówią, że tu gdzieś są jakieś wybory. Jakieś podobno ważne wybory. Nie wie pani, gdzie to trzeba iść?

I tak zaczęła się 15-minutowa rozmowa, w której dystyngowana lublinianka z inteligenckiej rodziny objaśnia Markowi świat. Coś wspaniałego.

Jak wykiwać portiera?

Kiedy się nudziliśmy, Marek czasami proponował: - A może szafa?

Na korytarzu tuż przed wejściem do kuchni stała pusta stara szafa. Marek wchodził do środka, zamykał się, a ja zostawałem na zewnątrz. Gdy jakiś student szedł z czajnikiem do kuchni, zagadywałem.

- Słuchaj, kręci się tu taki gość z brodą, nie wiesz może co to za typ?

- To chyba Mojżesz.

- A co ty o nim myślisz, co on za jeden?

- Ja wiem... to chyba jakiś wariat albo narkoman. Podobno sprzątaczki straszy.

W tym momencie szafa się otwiera, wyskakuje Mojżesz z okrzykiem: Uaaaaaaaaaa!

Zaraz, zaraz, jak to było z tym straszeniem sprzątaczek... Już wiem. Na każdym piętrze akademika była czytelnia. Ktoś nie lubił imprez, chciał spokoju, to siedział tam i wkuwał. Marek waletował w akademiku, ale nigdy się nie naprzykrzał, spał u kogoś, tylko jeśli czuł, że jest mile widziany. Był w tych sprawach bardzo delikatny. Dlatego nierzadko sypiał na stole w czytelni. Kiedy rano wchodziły tam sprzątaczki, widziały brodatego faceta leżącego na wznak z otwartymi ustami i podnosiły krzyk. Co denerwowało naszego kierownika akademika, który próbował z tym waletowaniem walczyć. Po latach myślę, że to był porządny facet i robił to bez przekonania. Żeby walet mógł wejść do akademika, trzeba było oszukać portiera. Robiłem to tak. Marek stał w ukryciu przed portiernią, ja schodziłem na dół i pytałem: Panie Stefanie, mogę pożyczyć żelazko? Portier odwracał się po żelazko, po śrubokręt, młotek czy inne narzędzie, a Marek bezszelestnie wbiegał do akademika. Potem pan Stefan opowiadał mojemu koledze, że takiego pedancika, który codziennie prasuje koszule, to on w życiu nie spotkał.

Skończyłem socjologię na KUL w 1991 r. Wyjechałem z Lublina na tzw. ziemie odzyskane. Wróciłem tu półtora roku temu. Chodzę po mieście i wszędzie widzę Mojżesza. Jakoś Lublin bez Mojżesza nie mieści mi się w głowie.

Jeszcze jedna scena z akademika. Markowi się wydawało, że wypadają mu włosy. Kiedy ze mną mieszkał, odprawiał codzienny 40-minutowy rytuał. Siadał w kącie na końcu łóżka, ustawiał dwa lusterka, tak aby widzieć dokładnie całą głowę. I rozpoczynał kurację. Otwierał tekturowe pudełko, w którym miał w tubce specyfik na porost włosów od pewnej znachorki ze Szczecina. Grzebieniem robił przedziałek, nanosił tam palcami maść, potem wstawał, chodził po pokoju i dłońmi uderzał się po głowie. Potem robił kolejny przedziałek i powtarzał czynność. Ja leżałem na łóżku, patrzyłem w sufit, rozmawialiśmy.

Często zaglądali do mnie koledzy po jakieś notatki z wykładów. Marek nie przerywał kuracji. Potem opowiadali, że u Pawła jest jakiś debil z brodą, który napier... się po głowie.

Kiedyś ustaliliśmy, że podczas kuracji rozmawiamy tak, aby nie padło żadne konkretne słowo. Same chrząkania, zachwyty, mruczenia, jakieś przeciągłe piski, zdziwienia. Co ważne, nie mogliśmy tego przerwać, gdy ktoś wchodził do pokoju i pytał o coś ludzkim głosem, nawet kierownik akademika. - Pokój wariatów - kwitowano.

A co by na to powiedziała twoja mama?

Był taki jeden miesiąc, niepodobny do innych. Zaczęło się od tego, że zobaczyłem w szmacianej torbie Marka zbiór wierszy Norwida "Vademecum" z przedmową Józefa Ferta. Podczas "kuracji włosowej" zagadnąłem go, że Norwid trudny, że nie rozumiem. - To znajdź wiersz "Czułość" i przeczytaj na głos - zaproponował.

"Czułość bywa - jak pełny wojen krzyk;

I jak szemrzących źródeł prąd,

I jako wtór pogrzebny...

I jak plecionka długa z włosów blond,

Na której wdowiec nosić zwykł

Zegarek srebrny---"

Krótki wiersz. Marek pytał o moją mamę, co ja o niej myślę, a czy wyobrażam sobie, jak ona myśli o mnie. Zaczęliśmy od "Czułości", a potem były "Nerwy", "Pielgrzym", "Ogólniki"... Analiza dzieła literackiego w oparach maści na porost włosów. I tak dzień po dniu. Nie mogłem się doczekać, kiedy wieczorem zacznie ustawiać tę kombinację luster i zaczniemy Norwidianę. To były najciekawsze wykłady, jakie w życiu słyszałem. Choć Marek upierał się, ze to nie są wykłady, ale "mówienia".

Z drugiej strony, co ten Mojżesz tak ciągle o tej mamie? Jak tylko pamiętam, ile razy zaczynałem robić coś głupiego, pytał: "A co by na to powiedziała twoja mama?" Marka można było spotkać w różnych miejscach w Lublinie. Przed stołówką na dziedzińcu KUL, w kawiarni w Domu Nauczyciela, w Chatce Żaka. Wielokrotnie, kiedy spierał się z ludźmi na różne tematy, padał jego mocny argument: "A mnie mama mówiła..." Wszyscy w śmiech, a Marek robił się wtedy arcypoważny.

Jak pisać o najważniejszym człowieku - przeczytajcie tekst Anny Śmigulec

Stoję tu, na międzypiętrzu

Czas zaciera wspomnienia. Ale wiele rzeczy nie daje mi spokoju.

Taka historia. Nie wiem dokładnie, jaki to był rok, chyba 2003. Pracowałem w Gorzowie Wielkopolskim w redakcji "Gazety Wyborczej". Nagle w południe w sekretariacie redakcji stanął Mojżesz. Uściskaliśmy się serdecznie. Przecież, kiedy się rozstawaliśmy ponad 10 lat temu, nie wiedziałem o nim nic, adres, telefon, rodzina - kompletnie nic. Myślałem, że już się nigdy nie spotkamy. A tu jest. Stoi i patrzy mi głęboko w oczy. - Wpadłem tylko sprawdzić, czy u ciebie wszystko w porządku, i już muszę jechać, bo czekają na mnie w samochodzie, zabrałem się z nimi, jechali akurat do Gorzowa - mówił.

Nalegałem, żeby przyjechał jeszcze raz, że tyle muszę mu powiedzieć i nie może tak po prostu odjechać. Nasza szefowa biura sprzedaży "Wyborczej" studiowała kiedyś na KUL i poznała Mojżesza. Kiedy już wychodził, zapytała.

- Marku, co tam u ciebie, co ty teraz robisz?

- Stoję tu, na międzypiętrzu - odpowiedział, rozglądając się po ścianach, i uciekł. Boże, jak on nie lubił takich pytań. Nie wróci - pomyślałem. Myliłem się. Po dwóch tygodniach znów się pojawił. Popatrzył na newsroom. - To oni robią tę "Gazetę Wyborczą"? - Tak - odpowiedziałem dumnie. - Tacy młodzi? Co oni tam ciekawego mogą napisać? - uśmiechnął się. Skądś wiedział, że potrzebowałem długiej rozmowy z przyjacielem. Może anioł doniósł. Gadaliśmy cały wieczór. To było moje ostatnie spotkanie z Markiem. Akurat wtedy Amerykanie zaatakowali Irak. Marek zerknął w ekran TV. - Mówią, że papież jest przeciw wojnie, że domaga się zawieszenia broni. Nieprawda. On domaga się użycia ostrzejszej amunicji - powiedział i zamilkł. Zrobiłem wielkie oczy. Spojrzałem na jego ręce. Przebierał palcami. - Różaniec - potwierdził.

A propos wojennych historii. Przypominam sobie jeszcze taką sytuację z akademika. W moim pokoju pełno kolegów, studentów historii, prawa, polonistyki. Stoją nad mapą rozłożoną na stole i dyskutują o operacji "Pustynna burza", kiedy to wojska koalicji odbijały Kuwejt z rąk Irakijczyków. Cały świat tym żył. Marek siedział w kącie pokoju pochłonięty zupełnie inną operacją. Wiadomo, kuracja włosowa. Nagle po pół godzinie wszystkie głowy znad mapy odwróciły się w stronę Marka i zastygły. A to dlatego, że Mojżesz przerwał milczenie. Rozłożył ręce, w jednej trzymając grzebień, w drugiej tubkę, i krzyknął zdenerwowany. - To w końcu Kuwejt napadł na Chiny czy Chiny na Kuwejt?

Kiedy studenci się ocknęli, zaczęli mozolnie tłumaczyć, jak wygląda mapa polityczna Azji. Marek tymczasem zakończył: - Co wy tam wiecie. Kuwejt, Irak... to wszystko Chiny.

Uniwersytet jest w akademiku

Marek lubił upraszczać świat. Wszystkie przedmioty szkolne podzielił na dwie kategorie - polski i matematykę. Spotkałem go kiedyś na korytarzu akademika, jak zaciekle dyskutował o tym z jakimś pierwszorocznym studentem historii, wybitnym olimpijczykiem z Jeleniej Góry.

Student: - Nie przesadzaj. Według ciebie geografia to polski?

Marek: Oczywiście.

Student: - A niemiecki?

Marek: To polski.

Student: A łacina? (Na KUL na pierwszym roku wszyscy się uczyli łaciny)

Marek: Matematyka. To oczywiste.

To miejsce w korytarzu, gdzie dyskutowali, było wyjątkowe. Stała tam rozwalona szafka nocna i popielniczka. Czasami wychodziło się na papierosa np. o godz. 9 rano, a wracało do pokoju ok. 15. Zapaliłeś, wychodził Jarek z socjologii. Drugi dzień pisze esej o koncepcji "Sensu zbiorowego" Mirosławy Marody. Gadamy, jak to się stało, że Polacy zaakceptowali stan wojenny. Palimy golden americany z pewexu - jeden, drugi, trzeci. Wychodzi Krzysiu, historyk. Pisze u prof. Bendera pracę o zesłańcach po powstaniu styczniowym. Strasznie przeklina, a zarazem jest bardzo uczuciowy. Wygląda jak Al Pacino w "Ojcu chrzestnym". - Panowie - zaczyna - ja już nie mogę o tym czytać. Święta idą, a oni na tym mrozie k... tysiące kilometrów od domu, ja cież pi... jak mi się ich żal, jak mi ich k... strasznie żal - rozpaczał. A potem przez godzinę opowiadał fascynujące syberyjskie historie. Tymczasem dochodzi 13 i mój wykład z metod badań socjologicznych z prof. Antonim Sułkiem już przepadł. Nagle odzywa się mędrzec z V roku historii, Miecio. - Paweł, nie przejmuj się wykładami. Ja w akademiku nauczyłem się więcej niż na studiach. Poważnie ci mówię - podkreślał.

Zielona teczka z wierszami Edy Ostrowskiej

Kiedy w 1991 r. wyjeżdżałem z Lublina, na strychu akademika zostawiłem w depozycie blisko 100 moich ulubionych książek. Myślałem, że wrócę po nie za kilka miesięcy. Ale nie wróciłem. Książki zgodnie z regulaminem po dwóch latach przepadały. Zabrałem natomiast zieloną teczkę z napisem "Eda Ostrowska", którą Marek zostawił w moim pokoju. Było tam jej kilkadziesiąt wierszy w maszynopisie. Mam tę teczkę do dziś.

Wiosną tego roku w lubelskiej "Wyborczej" pisaliśmy tekst o tegorocznym konkursie na najpiękniej wydaną książkę, w którym zwyciężyło lubelskie wydawnictwo Episteme. Wydali tomik poezji Edy Ostrowskiej "Edessy". Spotkałem się z Edą niedawno. Wcześniej jej nie znałem. Powiedziałem, że mam jej stare wiersze w zielonej teczce. Otworzyła szeroko oczy. Zaczęła długo opowiadać o Marku. Ale to już zupełnie inna historia. Zupełnie inna od mojej. Niech sama opowie.

Bo moja opowieść o Marku chyba powinna zaczynać się tak: "Był kiedyś anioł w Lublinie..."

NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla Was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej - zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie Akademia Opowieści.
Termin nadsyłania prac: od 12 stycznia do 31 marca 2017 r.