Gdy w 2011 roku na ekrany telewizorów wchodziła „Gra o tron”, część recenzentów zachwalała serial jako „fantasy dla ludzi, którzy nie lubią fantasy”. Pisali, że liczy się polityka, spiski, wielowymiarowi bohaterowie i te wszystkie nieoczekiwane zwroty akcji! Ale wiemy przecież, że równie mocno co intrygi Littlefingera i błyskotliwe monologi Tyriona pokochaliśmy zionące ogniem smoki, zmieniających twarze jak rękawiczki magicznych zabójców i lodowe zombi. Niektórzy potrzebowali na to więcej czasu niż inni, ale „Gra o tron” pomogła uplasować fantastykę w mainstreamie już nie tylko literackim, lecz też filmowym.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej