Mam kolegę, który lubi historyczne teksty o szalonych przywódcach i ich przegranych bitwach opatrywać komentarzami typu: „Pracowałem z nim” albo: „Pracowałem tam”. Pewien typ osobowości – niekompetentnego szefa, który swoimi poleceniami powoduje katastrofę i do gorzkiego końca wypiera rzeczywistość – występuje i w starożytnej Grecji, i na współczesnej Wall Street, i w serialu HBO „Czarnobyl”. Myślę, że dlatego właśnie zdobył tak wielką popularność.

Dla mieszkańców Europy Wschodniej – zwłaszcza w moim wieku lub starszych – częścią przyjemności oglądania są nostalgiczne wspomnienia. Te samochody, te garnitury, te blokowiska, te relacje międzyludzkie... To właśnie dokładnie tak wyglądało!

Twórcom udało się odnaleźć idealne plenery na Litwie – podwileńskie osiedle Fabianiszki odgrywa miasto Prypeć, a wygaszona już (na szczęście!) elektrownia w Ignalinie udaje samą czarnobylską elektrownię atomową imienia Lenina.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej