– Znowu nie mam na bilet do domu. Znowu będę prosić tych szczęśliwców, którzy dostali przelew, by mi pożyczyli sto złotych – mówi Anna, trzydziestoletnia pracownica TV Republika z kilkuletnim stażem. Kiedyś miała takie poglądy jak jej stacja: narodowe, konserwatywne, katolickie. Wierzyła w dobrą zmianę, a „Gazetę Wyborczą” traktowała jako wroga Polski. Ale czasy się zmieniły.

Rozmawiamy w jej małym samochodzie na parkingu w Galerii Mokotów. Anna przyjechała na spotkanie z Julią, starszą o dobrych kilka lat koleżanką z pracy (imiona i szczegóły spotkania na prośbę rozmówczyń zmieniliśmy). Umawialiśmy się przez WhatsAppa, szyfrowany komunikator internetowy. Dzwonienie do siebie Anna z góry wykluczyła. Ktoś mógłby podsłuchać, donieść.

– Zgodziłyśmy się rozmawiać, bo mamy dosyć hipokryzji w naszej firmie. Szefostwo Republiki mówi dużo o wartościach. A jednocześnie nie płaci pensji – mówi Julia. Gdy pracownicy zwracają na to uwagę Tomaszowi Sakiewiczowi, prawicowemu publicyście, wydawcy „Gazety Polskiej”, który w Republice jest wiceprezesem, a faktycznie sprawuje tam rządy, są przez niego ignorowani. – Traktuje nas w niezwykle arogancki sposób – opisują nasze rozmówczynie. Opowiadają o jednej koleżance, która załatwiła sobie pracę w TVP, gdzie po przejęciu telewizji przez PiS pracę znalazło wielu pracowników Republiki z jej gwiazdą Michałem Rachoniem na czele. Sakiewicz błagał ją, by została, przekonywał, że bez niej Republika się rozsypie. Dziewczyna go posłuchała. Teraz też nie dostaje pensji. Sakiewicz ją zbywa, gdy dopomina się o kasę.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej