– Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, przysięgam: służyć wiernie Narodowi, pilnie przestrzegać prawa (...) i zasad etyki zawodowej – ślubował Maciej D. w 2006 roku. W CBA był od początku istnienia formacji. Pracował przy kancelarii premiera, w zespole, który zajmował się powołaniem nowej służby do walki z korupcją. Był w pierwszej dwudziestce pracowników CBA. Został zastępcą dyrektora zarządu operacyjno-śledczego w Warszawie, miał dostęp do najważniejszych śledztw. Dla młodego oficera to ogromny awans.

Maciej D. – polski James Bond

Wcześniej przez sześć lat pracował w służbach specjalnych w Rzeszowie. Dwa lata w UOP, a po przekształceniu – cztery lata w ABW.

– Agencja przekazała go do CBA ze świetnymi referencjami. Zdolny, ambitny. Taki młody polski James Bond – mówi mi jeden z prokuratorów znający przeszłość Macieja D. Opinia może dziwić, bo szefowie z Rzeszowa wiedzieli, że D. miał podejrzane kontakty z podkarpackim biznesmenem. Ba! Wiedzieli, że bierze od niego łapówki.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej