Jest sobota, 6 sierpnia 2016 roku. Parę minut po godz. 17 Emilian P., 31-letni wówczas pracownik firmy budowlanej, jedzie swoim kilkunastoletnim bmw ul. Krańcową w Lublinie. Szeroka, dwujezdniowa droga oddziela osiedle bloków od domów jednorodzinnych. Dwa pasy w każdym kierunku zachęcają kierowców do szybkiej jazdy. Ludzie mieszkający wzdłuż trasy często boją się przechodzić przez przejście bez sygnalizacji. Dlatego policja patroluje ulicę.

Emilian P. najprawdopodobniej jedzie szybciej niż dozwolone w tym miejscu 50 km/godz. Zauważają to policjanci z drogówki jadący nieoznakowanym oplem vectrą. Gdy ruszają w pościg, zamontowany w radiowozie wideorejestrator firmy PolCam pokazuje prędkość 99 km/godz. Włączają nagrywanie. Teraz sprzęt pokazuje 90 km. Potem 93 km, dalej 94 km. Tuż przed końcem pomiaru bmw zaczyna skręcać. Kamera rejestruje prędkość 93,9 km. Policjanci zatrzymują kierowcę. Proponują mu 300-złotowy mandat i osiem punktów karnych za przekroczenie prędkości w granicach od 40 do 50 km na godz. Emilian P. jednak nie chce płacić. Zwraca policjantom uwagę, że w połowie pomiaru zaczął hamować, a policjanci – nie. Na nagraniu widać włączone światła stopu. Kierowca zauważa, że kamera wskazuje nie prędkość jego samochodu, ale wozu mundurowych. Sprawa idzie do sądu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej