Paulina Nodzyńska: Jak pani sobie wyobraża 16 lipca, kiedy zostanie ogłoszona lista przyjętych i nieprzyjętych?

Dorota Łoboda: Na pewno będzie płacz i rozczarowanie części młodzieży.

Martwi się pani o swoją córkę, absolwentkę ośmioklasowej podstawówki?

Do szkoły, do której aplikuje moja córka, jest 6 tys. kandydatów. Staram się zachować spokój, żeby moje obawy nie udzieliły się córce. Jesteśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że bardzo dobrze poszły jej egzaminy. Spodziewam się, że dostanie się do jednej ze szkół, które znalazły się na jej liście. Natomiast zdaję sobie sprawę, że oprócz mojej córki w Warszawie jest jeszcze 47 tys. innych młodych ludzi i nie każdy znajdzie miejsce w którejś z wybranych szkół.

Warszawa przygotowała 43 tys. miejsc, a podań wpłynęło 47 tys. W ubiegłym roku wszystkich kandydatów było 19 tys. W tym roku tylko uczniów aplikujących spoza stolicy jest 18 tysięcy. Tymczasem MEN, podając dane, nie bierze pod uwagę „przyjezdnych” i mówi zaledwie o 27 tys. chętnych. Buduje narrację: w czym problem, miejsc jeszcze zostanie!

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej