Dorota Wysocka-Schnepf: Wróciłeś właśnie z Wenezueli, skąd niemal codziennie docierają do nas dramatyczne zdjęcia. Jak ty to widzisz, jak w tej chwili wygląda w sytuacja w Wenezueli?

Tomasz Surdel: Dramatycznie, to jest dobre słowo. Jednego dnia toczy się jakby normalne życie, znaczy normalne w standardach wenezuelskich, bo tam nic nie jest normalne. A następnego dnia ludzie wychodzą na ulicę i demonstrują.

To są dziesiątki, setki tysięcy ludzi? 

Czasami są to tysiące ludzi, czasami są to dziesiątki tysięcy, czasami setki tysięcy ludzi. Dynamika tych manifestacji jest dość skomplikowana. Wenezuelczycy są generalnie zmęczeni tą codzienną walką o przeżycie, o zorganizowanie sobie wody, jedzenia. Więc też nie można od nich wymagać, by manifestowali codziennie, bo mają inne zmartwienia na głowie. Dużo osób boi się też manifestować.

Bo strach przed władzą?

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej