Zawsze chciałaś być lekarzem?

- Ja chciałam być malarką. Bardzo dużo malowałam, ale mój ojciec był kierownikiem laboratorium w największym łódzkim szpitalu w Kochanówce. Miał przyjaciół lekarzy i kompleksy, bo sam był biochemikiem i marzył, abyśmy z bratem zostali lekarzami. Starszy brat poszedł na medycynę, ja chciałam składać papiery na ASP. Zdesperowany ojciec powiedział mi: "Słuchaj, żeby zdać na Akademię, to trzeba mieć talent". Załatwił mnie, więc nie zdawałam na ASP, bo przestałam w siebie wierzyć, ale zdawałam na jakąś biologię. Mimo że byłam najlepszą uczennicą w klasie, nie dostałam się, bo do egzaminu podeszłam nonszalancko i na pytanie, z czego się składa ryba, odpowiedziałam: z głowy, tułowia i ogona. Kiedy przyszedł wrzesień i wszyscy moi koledzy dostali się na studia, a ja - najlepsza uczennica - nie, to mi się łyso zrobiło. Zdałam na chemię, na której też nie chciałam być. Ale tam poznałam najcudowniejszych ludzi, którzy do dziś są moimi przyjaciółmi. Po pierwszym semestrze, jak się zaczęły orbitale, no to wiedziałam już, że to niemoja bajka, i uznałam, że chyba ten mój ojciec wygrał. Zebrałam się do kupy i poszłam na tę medycynę. Dziś kocham mojego ojca za to. Mówił: lekarz to nawet w czasie wojny znajdzie pracę. Myślałam wtedy: oszalał, nie dość, że wojna, to jeszcze mam być lekarzem! A dziś mogłabym być bezrobotną nieutalentowaną malarką. Może więc miał rację? Dziś mu za to dziękuję. 

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej