Bartosz T. Wieliński: Porozmawiajmy o krześle elektrycznym.

Alicja Bobrowicz: Raczej nieprzyjemny wynalazek...

- Fakt. Ale jednak to ikona popkultury z bardzo bogatą historią. Wydaje się zanurzona w mrokach barbarzyństwa XIX wieku, tymczasem ciągle się ją stosuje. A nawet ostatnio zdobywa popularność wśród skazańców.

Zaczęło się od poszukiwania alternatywy dla szubienicy.

- To dopiero była drastyczna metoda. Żeby zabić człowieka za pomocą szubienicy, trzeba ją spuścić z pewnej wysokości tak, by zerwać jego rdzeń kręgowy. Pod koniec XIX wieku Stany Zjednoczone podnosiły się po wojnie secesyjnej, więzienia były pełne przestępców. A na tych szubienicach szło niezbyt szybko i nie zawsze skutecznie. Zaczęła się wielka dyskusja, co z tym zrobić. Wielu świtało już, że szubienica nie jest humanitarna. 

A jednocześnie rozwijała się elektryczność.

- Prąd daje światło, to jasne. Ale Amerykanie przekonywali się, że ma też skutki uboczne. Były dziesiątki przypadków ludzi porażonych prądem, bo włożyli palec, gdzie nie trzeba, trafili na urwany przewód, weszli do kałuży, w której był przewód itd. Ludzkość na własnej skórze poznawała, cytując klasyka, "plusy ujemne". Ale to dawało do myślenia. Prąd zabija natychmiast, nie zostawia śladów, a śmierć wydaje się bezbolesna. Czemu zatem nie zastąpić wieszania zabijaniem prądem? Pojawiły się pionierskie prace badawcze, szukano metod, pewien lekarz np. eksperymentował na bezpańskich psach. Powstała specjalna komisja medyczna, która zaczęła się tematowi przyglądać. Na to nałożyła się trwająca wtedy w Ameryce tzw. wojna o prąd.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej