Justyna Dobrosz-Oracz: Pani prezydent, ma pani wciąż przed oczyma ten obraz, jak napastnik biegnie w stronę prezydenta Adamowicza z nożem w ręku?

Hanna Gronkiewicz-Waltz: Bardziej pamiętam Pawła Adamowicza, kiedy mówi o gdańszczanach, o dobroci, o hojności. Natomiast ten fragment był dość zamazany i w zasadzie…

Nie chce go pani widzieć…

Nie chcę go widzieć. Choć trudno sobie zdać z tego sprawę, ale rzeczywiście to był mord.

Co pani poczuła? Gniew, przerażenie, obezwładniający smutek?

Myślę, że przede wszystkim ogromne zaskoczenie. W Polsce ostatni taki mord polityczny popełniono w 1922 roku, na pierwszym prezydencie po uzyskaniu niepodległości przez Polskę.

Czyli jest pani przekonana, że w Gdańsku doszło do mordu politycznego?

Przecież ten, który zadawał ciosy, wyraźnie powiedział, jaka partia go skrzywdziła, tak w każdym razie uważał. Myślę, że wiedział, kogo morduje, i chciał przy tym zyskać sławę, bo to było w momencie „Światełka do nieba”, czyli w godzinie największej oglądalności, zakończenia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej