Alicja Bobrowicz: Zaczyna się od zbuntowanych dwudziestolatków.
Seweryn Blumsztajn: W 1968 r. w różnych warunkach i z różnych przyczyn niemal wszędzie na świecie zbuntowało się całe pokolenie młodych ludzi urodzonych w pierwszych latach po wojnie. Dlaczego właśnie my? Nie wiem. Jakoś się nie baliśmy. Byliśmy pokoleniem, które nie miało w kościach stalinizmu.

Co to znaczy?
– Mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo. Nie czuliśmy się zniewoleni ani prześladowani. Byliśmy dziećmi Października – czytaliśmy październikowe teksty i tęskniliśmy za wolnością, za fajniejszym socjalizmem. Nie podobała nam się cenzura, ale nikomu nie przychodziło do głowy, żeby budować kapitalizm. To widać w języku rezolucji studenckich z tamtego czasu, one są wszystkie o poprawianiu socjalizmu, nie o obalaniu go.

Żeby się zbuntować, trzeba mieć poczucie tożsamości z rzeczywistością, wobec której się buntujesz. Trzeba czuć, że warto.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej