Dorota Wysocka-Schnepf: Panie premierze, w Ameryce podobnie jak w Polsce wszyscy ogłosili zwycięstwo. Jak to czytać?

Włodzimierz Cimoszewicz: Widzę zaskakująco dużo podobieństw między wyborami w USA i w Polsce. U nas w wielkich miastach wygrała opozycja, a na prowincjach partia rządząca, w Stanach w gruncie rzeczy podobnie. Wielkie miasta i bogate przedmieścia wygrali Demokraci, a całą resztę - Republikanie.

 Można by powiedzieć, że byliśmy prekursorem, ale to by gorzko zabrzmiało.

- Tak, gorzko. Ale podobieństwa widziałem też w sposobie prowadzenia kampanii wyborczej. Jeszcze miesiąc temu przewaga Demokratów była kilkunastopunktowa i wydawało się, że pójdą jak burza. Mówiono o fali demokratycznej, błękitnej fali, bo to kolor partii demokratycznej. Ale takiej błękitnej fali na wielką skalę nie było. Interesujące także, że Trump w ostatnich tygodniach przed wyborami był bardzo aktywny. Odwiedził szereg stanów, gdzie toczył się bój niemal równorzędny, i wszędzie tam popierani przez niego kandydaci wygrali. Takim bardzo wymownym przykładem jest Floryda, gdzie z dużymi szansami na zwycięstwo kandydował człowiek będący nową twarzą w partii demokratycznej. Afroamerykanin Andrew Gillum, który jeszcze tydzień temu prowadził 4-5 punktami procentowymi, a przegrał 1 punktem z kandydatem popartym przez Trumpa. Prezydent dwukrotnie odwiedził Florydę w ciągu 10 dni przed wyborami.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej