Publicystka w felietonie "Polska bezradnych kontra Polska zaradnych" zgodnie z najlepszą balcerowiczowską tradycją podzieliła Polaków na „zaradnych, którzy chcą wziąć sprawy w swoje ręce, a od rządu oczekują, że ureguluje przepisy i prawo, ograniczy biurokrację, uprości podatki i nie będzie przeszkadzał”, oraz „bezradnych, którzy – jeśli chcą mieć pieniądze – muszą dostać jałmużnę od państwa, muszą czekać na ochłap łaskawie rzucony (lub nie) przez polityków”.

Ci bezradni, służalczy rodacy o mentalności chłopów pańszczyźnianych, którzy nie znają się na mechanizmach funkcjonowania państwa, to oczywiście wyborcy PiS.
Tak, biedni ci przedsiębiorcy, od 1989 roku państwo ich tępi, kłody pod nogi rzuca, podatkami gnębi i regulacjami, zmusza do podzielenia się swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi, które oni sami - sami! - „tymi ręcami” wyszarpali, w ogóle nie korzystając po drodze z tak socjalistycznych wynalazków jak publiczna edukacja, publiczna służba zdrowia, publiczne drogi i inna zbudowana przez państwo infrastruktura. To najbardziej prześladowana i gnębiona grupa w Polsce. I najbardziej wymagająca wsparcia. Za to klienci pomocy społecznej i ludzie najmniej zarabiający oraz nisko wykwalifikowani niech sobie radzą sami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej