Gasnąca kondycja Kościoła wymagała mobilizacji wszystkich Polaków. Rzecz jasna, niezbędny był przywódca, przewodnik, który miał wytyczać właściwe kierunki, a potem otwierać kolejne fronty. I ktoś taki się pojawił. To Maciej Bodasiński. On pierwszy uderzył w dzwonek na trwogę: „Dane są zatrważające. Spada liczba wiernych, młodzieży jest dramatycznie mało. Można nawet powiedzieć, że jedna cała generacja już opuściła Kościół”.

Grzechy aborcji i komunizmu

Bodasiński żyłby sobie spokojnie po dziś dzień, gdyby jego ścieżki nie skrzyżowały się wcześniej z drogą Enrique Porcu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej