Od trzech lat stoimy na światowym antypodium. W latach 2017, 2018 i 2019 na liście unijnych krajów przyjaznych LGBT zajęliśmy przedostatnie miejsce.

Rząd PiS bardzo się stara, by w przyszłym roku Polska miała podobne notowania. Są szanse, że ILGA-Europe (stowarzyszenie lesbijek i gejów) uzna nas za najbardziej homofobiczny kraj na kontynencie. Już w kampanii wyborczej do europarlamentu organizowano nagonkę na środowiska LGBT, a im bliżej jesiennych wyborów parlamentarnych, tym częściej homofobiczne hasła będą na partyjnych sztandarach.

Od sześciu miesięcy polskie samorządy uchwalają i podpisują deklaracje zakładające „wolność od ideologii LGBT”. Deklaracje te mogą się wydawać folklorem, ale naprawdę niosą realne zagrożenie. Dają zielone światło przemocy wobec homoseksualistów.

Już dziś 70 proc. nastoletnich gejów i lesbijek pada ofiarami agresji. Władza, także lokalna, nie chce ich zobaczyć. Radni ze wschodniej i z południowej Polski zasłaniają oczy i mówią: – Gej? Lesbijka? U nas takich ludzi nie ma. A jeśli już są, niech żyją w ukryciu – bez trzymania się za ręce, chodzenia na marsze, „obnoszenia się” z ukochanymi. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej