Dopiero po przegranej Biedronia zgodziłam się z dość powszechną opinią, że mamy w Polsce kryzys przywództwa. Bo za przegraną uważam partię, której przywódca opuszcza Polskę, a przez kryzys rozumiem wypalenie się pewnego modelu przewodzenia. Sięga on swoimi korzeniami do Machiavellego i jest z gruntu patriarchalny: silny mężczyzna, który potrafi zgromadzić wokół siebie masy i którego biografię daje się zdefiniować przez narcystyczną ambicję władzy rozumianej jako strategia kiwania innych, co w bardziej propagandowym języku nazywa się troską o dobro wspólne, choć to żadna troska, tylko walka, a jeśli dobro, to nie wspólne, lecz partyjne. Bo tradycyjny przywódca musi mieć partię, a partii potrzebny jest męski przywódca.

Biedroń mówi o sobie (wywiad OKO.press, 7 lipca), że „nigdy nie prowadził partii w sposób wodzowski”. Owszem: nie był wodzem w stylu Kaczyńskiego. Był gwiazdą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej