Bogdan Klich jest szefem senackiego klubu PO.

Z oburzeniem i smutkiem przyjąłem wiadomość, że Sławomir Cenckiewicz, szef Wojskowego Biura Historycznego i wiceprzewodniczący Kolegium IPN, napisał, iż ksiądz Józef Tischner był traktowany przez SB jako kontakt operacyjny.

To przekroczenie kolejnej granicy przyzwoitości w grze teczkami. Tylko ludzie obeznani z esbeckimi papierami wiedzą, że kategoria „kontakt operacyjny” nie musiała oznaczać współpracy z SB. Gdy tajnym służbom nie udawało się nakłonić kogoś do współpracy, to często wpisywano go właśnie jako „kontakt operacyjny”, aby go dalej rozpracowywać. Jednak przeciętny człowiek, szczególnie po 30 latach od upadku komunizmu, po usłyszeniu takiej informacji pomyśli, że ksiądz Józef Tischner potajemnie współpracował z bezpieką.

I o to właśnie chodziło Cenckiewiczowi. Obłudnie napisał, że sprawa jest dla niego przykra. Gdyby istotnie było mu przykro, to napisałby, że nie ma ani pół dowodu na współpracę księdza Tischnera z SB. Żadnego zobowiązania do współpracy, żadnego raportu, żadnego rachunku... Nie ma, bo być nie może. Każdy, kto znał księdza Józefa Tischnera, wie, że był to człowiek, który nie poszedłby na żadną współpracę z komunistycznymi służbami.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej