Andrzej Machowski (ur. 1955), dr psychologii (w zakresie psychometrii), metodolog badań społecznych, pracował na UAM w Poznaniu, obecnie pracuje w fundacji Samorządność i Demokracja.

Dotkliwa porażka, jaką w wyborach do PE poniosły siły prodemokratyczne i proeuropejskie, warta jest pogłębionej analizy, jeśli nie chcemy, by jesienne wybory do Sejmu zakończyły się tym samym. Aby odebrać PiS-owi władzę, trzeba wiedzieć, gdzie i dlaczego Koalicja Europejska wybory przegrała. I gdzie musi odrabiać straty.

Porównywanie wyborów europejskich z 2019 roku z tymi sprzed pięciu lat niewiele nam tu pomoże. Przede wszystkim dlatego, że tak bardzo różnią się one frekwencją. Jeśli w 2014 roku głosowało 7,3 mln Polaków, a w 2019 – prawie 13,8 mln, to mamy do czynienia z zupełnie innymi i w zasadzie nieporównywalnymi wydarzeniami społecznymi.

W poprzednich wyborach do PE, gdy frekwencja sięgała ledwie 25 proc., głosowali głównie mieszkańcy wielkich miast. W 2019 roku nadal najwyższa frekwencja była w miastach powyżej 500 tys. mieszkańców, czyli tam, gdzie Koalicja Europejska bardzo wyraźnie – bo w stosunku 50 do 27 proc. – pokonała PiS. Tyle że w tych pięciu miastach mieszka niewiele ponad 11 proc. Polaków. Najwięcej nas, bo blisko 40 proc., żyje na wsi – a tam miażdżące zwycięstwo odniósł PiS, uzyskując 59 proc. głosów w stosunku do 27 proc. oddanych na KE. I to właśnie na wsi odnotowano największy w stosunku do wyborów z 2014 roku wzrost frekwencji, bo aż o 119 proc. (z 18,6 do 40,7 proc.). Natomiast w miastach powyżej 500 tys. wzrost frekwencji był o wiele słabszy - jedynie o 74 proc. (z 33,6 proc. w 2014 roku do 58,6 proc. w 2019 roku).

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej