Pięć lat po katastrofie w Czarnobylu, latem 1991 r., w ostatnim roku istnienia Związku Radzieckiego, odwiedziłam Ukrainę. Wybrałam się do strefy zakazanej, wyznaczonej w promieniu 30 km od czarnobylskiej elektrowni – po katastrofie opróżniono ją ze wszystkich ludzi – wraz z miejscowymi działaczami na rzecz ochrony środowiska.

Zabraliśmy ze sobą liczniki Geigera, które rzeczywiście się uaktywniły, kiedy zbliżaliśmy się do reaktora, ale nie w stopniu, który byłby jednoznaczny. Rozmawialiśmy też z miejscowym lekarzem, który, jak pamiętam, nie był zbyt otwarty. Niektórzy ludzie mówili nam o dwugłowych świniach i zmutowanych krowach, ale inni twierdzili, że to tylko plotki.

Pięć lat po katastrofie niewiele można się było dowiedzieć na miejscu o Czarnobylu. Nawet wówczas sporna była liczba zgonów i nadal taką pozostaje. Jak wówczas pisałam, oficjalna ich liczba wyniosła 31; dyrektor naukowy strefy wyłączonej sądził, że jest bliższa 7 tysiącom; niektóre organizacje pozarządowe w ZSRR podawały znacznie większe liczby, sądząc, że przedwczesne zgony spowodowane katastrofą sięgnęły 300 tys. Liczby te się zmieniały, ale ich rząd wielkości – nie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej