Zostałem uznany za klimatycznego negacjonistę. Nieznany mi bliżej Tomasz Markiewka zamieścił na Facebooku mój tekst sprzed kilku lat, w którym poddawałem w wątpliwość pogląd, jakoby emisja gazów cieplarnianych wynikająca z działalności człowieka była największym zagrożeniem dla świata. Na wpis zareagowało kilkudziesięciu, a może więcej komentatorów, w większości młodych i bardzo ideowych. Wyrazili nienawiść i słuszny gniew do wroga ludzkości, jakim się okazałem. Te same osoby z równą nienawiścią komentują moje wpisy na tematy ekonomiczne. Nie wiem, kim są moi hejterzy, ale wyobrażam ich sobie w czapkach à la Mao wykrzykujących cytaty z „Czerwonej książeczki” prosto w twarz burżuazyjnym wrogom. Mogliby też być pobożnymi mnichami żarliwie modlącymi się pod stosem, na którym płonie heretyk.

Ten sam Markiewka na zaprzyjaźnionym z „Gazetą Wyborczą” portalu Oko.press uznał, że mieć wątpliwości w sprawie klimatu to grzech, i wpisał mnie oraz kilka innych osób na „listę wstydu”. Z internetu dowiedziałem się, że Tomasz Markiewka nie jest klimatologiem ani fizykiem, chemikiem czy geologiem. Jest filozofem. Wątpię, by prowadził samodzielne badania nad klimatem i gazami cieplarnianymi i by rozumiał skomplikowane symulacje komputerowe czynione przez klimatologów. Nie ma jednak wątpliwości, które według Kartezjusza są warunkiem myślenia. Markiewka myślenie zastępuje wiarą.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej