Zaczęła się jazda. Na Grzegorza Schetynę. Na Roberta Biedronia. Na Władysława Kosiniaka-Kamysza.

To nie jest sprawiedliwe. Upadek Biedronia nie jest problemem Biedronia. Upadek Schetyny nie jest problemem Schetyny. To są nasze problemy. Problemy wyborców, którzy wybierają reprezentację skazaną, a raczej skazującą się na porażkę. Może brzmi to mocno, ale nie wolno się łudzić, bo za złudzenia płaci się w polityce zbyt wiele.

Kto nie przyswoił „Struktury rewolucji naukowych” Thomasa Kuhna, ten nie zrozumie tego, co się tutaj dzieje. A zwłaszcza tego, że bardziej wykształcona, bardziej nowoczesna, bardziej skomunikowana ze światem część społeczeństwa wyłania z siebie reprezentację tak kiepską, iż coraz bardziej przegrywa, choć przeciwnik jest marny.

Ta część społeczeństwa ze swoją reprezentacją przeżyła „cudowne lata”, odniosła masę sukcesów, zmieniła Polskę na lepsze, dorobiła się tego i owego. I jest z tego dumna. Trzyma się więc tego, co przyniosło jej sukces, i tych, którzy do niego wiedli. W normalnych warunkach jest to dobra droga do dalszych sukcesów. Ale warunki nie są dziś normalne. Są rewolucyjne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej