Autor jest socjologiem z Instytutu Socjologii i Filozofii Polskiej Akademii Nauk, gdzie prowadzi badania na temat polskiej pamięci zbiorowej po 1989 r. i rewizjonizmu. Absolwent St Antony’s College, University of Oxford. Współpracownik tygodnika „Przegląd”, „Tygodnika Powszechnego” i portalu Polityka.pl

Jeżeli w jakiejkolwiek kwestii panuje w tej chwili w środowiskach opozycyjnych zgoda, to jest to świadomość potrzeby głębokich zmian w kierownictwie opozycji. Liderzy Koalicji według większości wyborców są już wypaleni, nieświadomi własnych ograniczeń i przede wszystkim niezdolni do wyciągania wniosków z porażek – również tej ostatniej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W dodatku w powyborczych analizach z hukiem wpadli w pułapkę zastawioną już kilka lat temu przez Prawo i Sprawiedliwość. Wprawdzie to Jarosław Kaczyński zaczął swoje rządy od dzielenia obywateli na lepszych i gorszych, jednak działania jego partii z czasem zaczęły iść wręcz pod prąd tej filozofii. Dziś to PiS jest, a przynajmniej stara się, być przysłowiową „partią wszystkich Polaków”. Również emerytów, rodzin z jednym dzieckiem czy rolników, a więc grup, które pierwotnie nie były objęte programami socjalnymi ekipy rządzącej. Opozycja natomiast uparła się, żeby tę wojnę tożsamościową kontynuować. A że w warstwie programowej nie proponuje żadnej alternatywy (bo w ogóle niewiele proponuje), wyzywanie głosujących na PiS od niepłacących podatków, napływowych i zacofanych katolików siłą rzeczy staje się jej wizytówką.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej