Niech Grzegorz Schetyna odejdzie, doprowadził do klęski KE, nigdy nie wygra z PiS, do niczego się nie nadaje – lawina takich głosów huczy po wygranej PiS w eurowyborach. Zgodnie z nimi Schetynę należy zaorać i o nim zapomnieć. Rozumiem te emocje, ale jeśli tylko z nich tworzy się polityczną diagnozę, staje się ona absurdalna. I szkodliwa.

Bronię Schetyny nie dlatego, że jest mi blisko do niego czy do PO. Nie jest. Traktuję jednak Platformę jako najważniejszy instrument w walce z PiS, chcę więc, by była silna. Co odnosi się też do wszystkich nurtów demokratycznej opozycji.

Od 2015 r. wielokrotnie krytykowałem Schetynę za brak wrażliwości na społeczne emocje, mętne i sprzeczne wypowiedzi, za długotrwałe przekonanie, że do wygranej wystarczy być anty-PiS bez własnego programu dla Polski, za marną niedawną kampanię wyborczą. Ale przynajmniej od roku widzę, że nie ma w Platformie innego lidera.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej