Z LGBT mamy cztery problemy. Pierwszy związany jest z ignorancją. Ludzie nie wiedzą, czym jest LGBT i orientacja seksualna, tak jak dawniej nie wiedzieli, czym jest gender, a jeszcze dawniej zaćmienie słońca, więc się tego boją; ludzkość – jak twierdzi Bachtin – ma w naturę wpisany kosmiczny strach przed nieznanym. Politycy (dawniej kapłani) ten strach i ignorancję wykorzystują, by legitymizować i zwiększać swoją władzę. Wystarczy, że ignorancję pogłębią, a strach wzmocnią („słońce już nigdy nie wzejdzie, jeśli nas nie posłuchacie”, „LGBT pożre twoje dzieci, jeśli na nas nie zagłosujecie”). Uprawianie polityki opartej na strachu przed nieznanym i zapewnianiu obywatelom bezpieczeństwa, choć nie ma żadnego zagrożenia, znane jest od czasów egipskich kapłanów.

Drugi problem związany jest z anamnezą. Miasta i gminy, które deklarują, że są i będą wolne od LGBT zapomniały chyba o tych okresach, kiedy władza obiecywała „swoim”, że ich wspólnota będzie wolna od Żydów, Czarnych, Aborygenów, heretyków i Słowian. Nader często obietnice te spełniała. Deklaracja „uwolnienia miasta od LGBT” wydaje mi się równie niebezpieczna, bo też opiera się na opinii, że jedni ludzie (rasy, narody, orientacje) są więcej warci niż inni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej