Rocznicę lądowania aliantów w Normandii w tym roku spędziłam częściowo w Londynie – nie na uroczystościach w Portsmouth, lecz w równie odpowiednim miejscu, na dorocznej konferencji Królewskiego Instytutu Połączonych Sił Zbrojnych (Royal United Services Institute, RUSI) poświęconej wojnie lądowej. Nie było tam żadnych głów państw, weteranów, okrętów; było nowoczesne wcielenie sprzymierzonych sił, które 75 lat temu walczyły na plażach Normandii.

W pięknej sali pod kopułą inkrustowaną drewnem zebrało się kilkuset cywilów i wojskowych w rozmaitych mundurach, żeby wysłuchać wystąpień generałów, ambasadorów i ekspertów od obrony na temat nowych wyzwań związanych z bezpieczeństwem. Gdyby kiedykolwiek jeszcze raz nastąpiła inwazja na Europę albo i Amerykę Północną, to właśnie tym ludziom powierzono by obronę Zachodu.

Pod pewnymi względami ta wspólnota nigdy nie była mocniejsza. Odkąd prezydent Barack Obama pojechał w 2014 r., w odpowiedzi na rosyjską inwazję na Ukrainę, do Tallina w Estonii i oświadczył, że „obrona Tallina, Rygi i Wilna jest równie ważna jak obrona Berlina, Paryża i Londynu”, NATO zintensyfikowało ćwiczenia i rozszerzyło zakres działania. W państwach bałtyckich zostały rozmieszczone wojska brytyjskie, niemieckie i kanadyjskie, a w Polsce amerykańskie. Wszystkie te misje przebiegają dobrze. W publicznych wystąpieniach generałów NATO czy urzędników państwowych rzadko kiedy słyszy się wątpliwości co do stanu Sojuszu czy też, szerzej, całej wspólnoty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej