Autor jest senatorem niezrzeszonym.

Wyniki wyborów zaskoczyły wszystkich, bo sondaże nie były tak radykalne. No, z pewnymi wyjątkami. CBOS trzy dni przed wyborami wycenił PiS na 50 proc. głosów, a Koalicję na 32 proc., z kolei IBSP wprawdzie trafnie przewidział różnicę między tymi ugrupowaniami (6 proc.), tyle że to Koalicja miała uzyskać 42 proc., a PiS jedynie 36 proc. Uważam, że obie te pracownie powinny sobie na jakiś czas dać spokój z badaniami poparcia dla ugrupowań politycznych, a w każdym razie nie należy ich traktować poważnie.

Niemniej dystans między PiS a Koalicją okazał się na tyle duży, że media pełne są mniej czy bardziej uczonych analiz, czemu PiS tak obrodziło, a Koalicji nie. I tak winni są: Tusk, Jażdżewski, Trzaskowski (z powodu deklaracji LGBT), Marsz Równości w Gdańsku, strajk nauczycieli, źle ułożone listy wyborcze, telewizja „publiczna” czy wreszcie nielubiany lider (Kaczyński, jak wiadomo, jest bardziej lubiany). Gdzieś tam w niektórych zarzutach jest może ziarenko prawdy, ale na prawdziwość takich właśnie przyczyn przegranej nie ma żadnych dowodów poza świętym przekonaniem ich autorów, że to oni mają rację.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej