Miażdżąca przewaga PiS nad Koalicją Europejską w wyborach wprawiła w szok nie tylko opozycję, ale i zwycięzców. PiS nie spodziewało się takiej siły rażenia, a Koalicja – że wysoka frekwencja będzie służyła rządzącym.

Okazuje się, że Jarosław Kaczyński potrafił zmobilizować tych, którzy nie głosowali, Polskę powiatową i miasteczka do 20 tys. Jeździł po kraju, zagrzewał do wyborów, organizował konferencje bez pytań i mówił, że jeżeli tamci wygrają, to nie będzie już „piątki Kaczyńskiego”, nie będzie 500+ na pierwsze dziecko, nie będzie zero podatku do 26. roku życia, „trzynastka” będzie pod znakiem zapytania.

A ludzie w ostatnich dniach dostawali dowody, że państwo się nimi opiekuje. Przelewy dla emerytów na kilka dni przed wyborami to było coś.

Donald Tusk zagrzewał do wyborów i straszył wygraną ajatollaha, którego ludzie nie zauważali. Inżynieria społeczna się sprawdziła i wygrało motto Jarosława Kaczyńskiego, że przy pomocy telewizji można wykreować taki obraz, jakiego się chce. Widzieliśmy więc strasznego Tuska, straszną opozycję, pogardę dla zwykłego Polaka i chęć przeprowadzania rewolucji kulturowej. Jak widać, Polska jej nie chce, LGBT stało się straszakiem do tego stopnia, że ludzie poszli do urn, by walczyć o wspólnotę kościelną, bo słyszeli, że jest zagrożona.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej