Jak wielu moich lewicowych znajomych we wszystkich dotychczasowych wyborach głosowałem bez żadnych nadziei na to, że moja partia znajdzie się w rządzie, a nawet bez pewności, że znajdzie się w Sejmie. Głosowałem na tych, do których światopoglądowo było mi najbliżej, czyli kiedyś na różne mutacje Zjednoczonej Lewicy, a później na Partię Razem. Zakładałem bowiem, tak jak całe moje pokolenie wychowane już w wolnej Polsce, że nasz kraj i tak płynie stabilnym kursem europejsko-(neo)liberalnym ze wszystkimi jego zaletami i wadami, a rolą mojego głosu jest zaprotestowanie przeciwko przyzwoleniu na ogromne nierówności społeczne i przeciwko obyczajowemu konserwatyzmowi elit politycznych.

Gdy wszystkie głosy lewicy w ostatnich wyborach się zmarnowały, dzięki czemu świta posła Kaczyńskiego mogła zawrócić Polskę z drogi na Zachód i skierować w przeciwnym kierunku, tamten luksus wspominam z tęsknotą. Dziś zasada ideologicznej czystości ustępuje miejsca zasadzie rzeczywistości.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej