Na ostatniej prostej przed wyborami PiS stracił inicjatywę. Debatę publiczną zdominował film Sekielskich i sojusz PiS z Kościołem. A ostatnio także działki premiera Mateusza Morawieckiego, które premier przepisał na żonę, by uniknąć ujawnienia ich w oświadczeniu majątkowym. Co więcej, gdy Morawiecki został premierem, ksiądz, który mu te działki sprzedawał, został awansowany na generała. A jak wiadomo, emerytura generalska jest godna pozazdroszczenia.

Tak więc wszystko potoczyło się nie po myśli Jarosława Kaczyńskiego. Z mediów sympatyzujących z PiS wynika, że strategia w końcówce kampanii miała być bardzo prosta: politycy rządzący mieli zrezygnować z propagandy sukcesu i z ciągłego przypominania, ile dobrego zrobili dla Polaków – bo to wyborców drażni. Za to kazano im opowiadać o nowych prezentach: o 13. emeryturze, 500 zł na pierwsze dziecko oraz 500 zł dla osób niepełnosprawnych. Tematem miała być też komisja śledcza ds. VAT oraz wprowadzenie Polski do strefy euro jako straszak. Miało być też o tym, że Mateusz Morawiecki jest dobry dla nauczycieli, bo zarządził, że rok szkolny skończy się przed Bożym Ciałem, a nie po.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej