Politycy partii rządzącej, od prezesa i premiera poczynając, zapewniają nas od pewnego czasu na wyprzódki, że nie ma mowy, by Polska płaciła odszkodowania za II wojnę światową. Te zapewnienia są i oczywiste – nie ma wszak żadnych podstaw do takich roszczeń – i zdumiewające, bowiem nic nie słychać, by ktokolwiek z takimi żądaniami występował. Dlatego też należy się wdzięczność posłowi Tadeuszowi Cymańskiemu, który oświadczył na antenie TOK FM: „Nie udawajmy Greka, nie strugajmy głupka. Powiedzmy sobie jasno… Nie ma mowy o żadnym oddawaniu majątku Żydom”.

Nie o odszkodowania więc chodzi, tylko o zwrot majątku – tego, który pozostał po wojennych zniszczeniach, za które istotnie odszkodowania się nie od Polski należą. Ale nie każdego majątku – tylko tego, który pozostał po zamordowanych Żydach. O majątku utraconym przez nieżydowskich Polaków, Ukraińców, Niemców itd., skonfiskowanym przez okupanta, przejętym przez komunistów, może być przynajmniej mowa. O majątku utraconym przez Żydów – nie. „Nie ma mowy o żadnym oddawaniu”. Żadnym. Nawet nie częściowym, symbolicznym, w drodze wyjątku, ze względów humanitarnych, za zasługi, w efekcie wygranego procesu. Nie. Złamanego grosza. Bo Żydzi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej