Krystyna Naszkowska: Podobno jest pan jedynym pewniakiem z PSL, który zdobędzie mandat w tych wyborach.

Jarosław Kalinowski: Ja nie jestem tego pewny. Jedynka na liście byłaby może pewniakiem, gdybyśmy startowali w jednolitym komitecie wyborczym, ale startujemy z komitetu koalicyjnego. A wyborcy naszych koalicjantów będą szukać na liście swoich kandydatów. W poprzednich wyborach do Parlamentu Europejskiego, pięć lat temu, w moim okręgu PO dostała więcej głosów niż PSL.

Teoretycznie na moją korzyść może zadziałać to, że jestem jedynym kandydatem PSL, za mną na liście jest pięciu kandydatów PO, ich głosy mogą się więc rozproszyć. Na liście jest nas jednak dziesięcioro – wszyscy walczymy razem o jak najlepszy wynik Koalicji.

Najważniejszą rzeczą w tej rozgrywce po naszej stronie jest zmobilizowanie ludzi, by w ogóle poszli do urn i na nas zagłosowali. Tutaj PSL jest na pierwszej linii frontu, walczymy z PiS o głosy Polski lokalnej i głosy wsi, które mogą przeważyć szalę. I właśnie teraz, w tej trudnej dla nas sytuacji, nieoczekiwanie dostaliśmy taki cios od pana Leszka Jażdżewskiego! Po jego wystąpieniu na Uniwersytecie będzie nam trudniej zdobyć poparcie. My możemy sobie dywagować, co poeta miał na myśli, mówiąc o świniach taplających się w błocie, ale ludzie na wsi go nie słuchali, oni mają przekaz z drugiej i trzeciej ręki i są przekonani że chodziło mu o Kościół i księży.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej