Film „Tylko nie mów nikomu” ani mnie nie zdziwił, ani nie zaszokował. Nie sądzę też, że jego upowszechnienie i tysiące komentarzy, które przetaczają się przez media, zmienią coś w kwestii „pedofilii” czy raczej rozpusty w Kościele. Hierarchowie pozostaną niewzruszeni zgodnie z zasadami: „nie widzę, nie słyszę, nie mówię” lub „po nas choćby potop”. Wierni nie uwierzą, a ci, co uwierzą, już dawno nie są wiernymi. Wiara (w Kościół) tych pierwszych wzmocni się raczej dzięki syndromowi oblężonej twierdzy, jaką staje się ta instytucja zbrojona dziś intensywnie przez hierarchów, a zwłaszcza przez partię rządzącą w rozliczne armaty i fosy; niewiara tych drugich zyska kilka dodatkowych argumentów „z naoczności”.

Osobiście zawsze miałam wielką nieufność wobec księży, bo wydawało mi się, że grupa izolowanych mężczyzn, żyjących we własnym towarzystwie, bez rodzin, przebranych w sukienki jest czymś nienaturalnym i dziwacznym niezależnie od tego, jak świętą wydawać by się mogła ich posługa. Później bez trudu zauważyłam, że grupa ta pozbawiona jest wszelkiej kontroli społecznej, obyczajowej czy moralnej. Dzieje się więc to, co się dziać musi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej