Siergiej Głazjew to doradca prezydenta Putina. Jest wymieniany jako jego możliwy następca. Jest także członkiem Rosyjskiej Akademii Nauk, był ministrem u Jelcyna i przez kilkanaście lat członkiem Dumy. Słowem – to poważna osoba, a więc jej poglądy należy też traktować poważnie.

Gdy więc w poniedziałek Głazjew opublikował na nacjonalistycznym portalu Zawtra artykuł, w którym ostrzegał, że nowo wybrany prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski może we współpracy z Trumpem i rządem Izraela zamierzać usunąć Rosjan z południowej Ukrainy i zastąpić ich „mieszkańcami Ziemi Świętej znużonymi niekończącą się wojną na Bliskim Wschodzie”, izraelski MSZ oficjalnie zaprotestował, uznając, że sugestia ta jest „spiskowa i antysemicka”.

Kreml oficjalnie zdystansował się od słów doradcy prezydenta, nazywając je jego „osobistym poglądem”, który „może być błędny”, sam zaś Głazjew wyjaśnił, że wcale nie myślał o Żydach, uruchamiając nową falę domysłów, że spodziewa się osiedlania na Ukrainie Palestyńczyków wygnanych przez Izrael. Interesujące jest to, że główny zainteresowany, czyli prezydent Zełenski, zachował milczenie. Najwyraźniej znając inne poglądy rosyjskiego polityka – że w latach 90. Rosja padła ofiarą ludobójstwa, tracąc dwa razy więcej ludności niż za Stalina, a na Ukrainie rządzą opłacani przez USA neonaziści – uznał, że nie należy sobie nim zawracać głowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej