Zięć prezydenta USA Donalda Trumpa, Jared Kushner, oznajmił, że plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu, który jego teść zapowiada od objęcia urzędu, zostanie wreszcie ogłoszony w czerwcu, po zakończeniu ramadanu. Wątpliwe jednak, by wygłodniali po miesięcznym poście Palestyńczycy mieli się rzucić nań z entuzjazmem. Choć nadal bowiem, mimo licznych przecieków, nieznana jest jego treść, wiadomo, czego w nim nie będzie: powstania niepodległej Palestyny. I to nie będzie tak bardzo, że nawet zapowiedziana przed wyborami przez premiera Izraela Beniamina Netanjahu aneksja wszystkich żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu „nie zaszkodzi” – zdaniem sekretarza stanu Mike’a Pompeo – „szansom na pokój”. Izraelski ambasador w Waszyngtonie mógł więc zapewnić, że do aneksji przed ogłoszeniem planu nie dojdzie. Ugodowy gest, zwłaszcza wyraźny na tle palestyńskich oświadczeń, że odrzucają plan, który nie daje także im stolicy w Jerozolimie – którą USA już rok temu uznały za stolicę Izraela. No ale skoro Palestyny i tak ma nie być, to po co im stolica, prawda?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej