Bez propagandy PiS przedstawiającej nauczycieli jako leniuchów oraz wrogów dzieci, społeczeństwa i władzy strajk w oświacie byłby najpewniej słabszy i miałby mniejsze społeczne poparcie. Sprzeciw nauczycieli cementują również zagrywki władzy pozorującej chęć negocjacji tak prostacko, że trudno się na to nabrać.

Dlaczego więc PiS zachowuje się tak, jakby podtrzymywanie i radykalizowanie strajku nauczycieli leżało w interesie partii? Są dwie możliwości.

Po pierwsze, propaganda PiS zautonomizowała się i zrutynizowała do tego stopnia, że nikt jej nie kontroluje. Od blisko czterech lat rząd opiera swój przekaz propagandowy na hejcie wobec przeciwników i wykluczaniu ich ze „zdrowego” społeczeństwa. Ta wielka machina nie tylko wciągnęła, lecz także wyuczyła rzesze polityków PiS, dziennikarzy i akolitów partii, jak reagować na konflikty zagrażające władzy. A reagowali tym gorliwiej, że nauka płynęła z samej góry. Bo wzór politycznej mowy nienawiści ustanowił sam Jarosław Kaczyński na początku rządów, mówiąc o przeciwnikach jako złodziejach i ubekach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej