Nauczyciel Wasyl zaspał i może się spóźnić do pracy. Wyskakuje z łóżka, krzyczy na ojca i błaga matkę, żeby wyprasowała mu koszulę. Przypala kawę. Wali w drzwi wspólnej łazienki.

Wreszcie wchodzi do niej – a tu ktoś puka do drzwi. To jego rodzice, którzy mówią zmienionymi głosami: „Wasyl, ktoś przyszedł do ciebie...”. Wychodzi. Gładki człowiek w drogim garniturze stoi w przedpokoju jego skromnego mieszkania w otoczeniu ochroniarzy. Mówi: „Dzień dobry, panie prezydencie”. Cisza. Zdumione twarze. Gra muzyka, a kamera przenosi się na czarną limuzynę pędzącą w kawalkadzie samochodów po autostradzie z Wasylem w środku.

Zapewne nie powtarzano tego wystarczająco często, ale „Sługa narodu”, ukraiński serial telewizyjny, który rozpoczął rzeczywisty polityczny żywot Wołodymyra Zełenskiego, aktora grającego w nim Wasyla, jest znakomity. Jest na tyle realistyczny, że wciąga widzów, a zarazem na tyle absurdalny, żeby ich skłonić do śmiechu.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej