W ogólnopolskim strajku bierze udział kilkanaście tysięcy placówek (szkół i przedszkoli). Według Związku Nauczycielstwa Polskiego - blisko 80 proc., według Ministerstwa Edukacji Narodowej - ok. 48,5 proc. Ale o ile ZNP jest w stanie podać liczby bezwzględne (ok. 15 tys. placówek), o tyle resort edukacji nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

O tym, jak przebiega strajk, co oznacza dla dzieci, rodziców i nauczycieli, przez cały dzień piszemy w naszej relacji, informując o sytuacji w całej Polsce.

Głównym postulatem protestujących są podwyżki pensji. W mediach społecznościowych trwa przepychanka dwóch obozów: „za PO nie było podwyżek i nie protestowali” i frakcji„PiS daje ochłapy”. Podchodzimy do tego na chłodno i mamy dla państwa garść liczb, które przydadzą się w merytorycznej dyskusji.

W latach 2008-12 nauczycielskie pensje rosły sześciokrotnie. W 2008 r. o 10 proc., w 2009 r. dwukrotnie po 5 proc., w 2010 r. o 7 proc., podobnie w 2011 r. Ostatnia podwyżka, z 2012 r., wynosiła 3,8 proc. Od tego momentu zamrożono zarobki nauczycieli. Po wygranych wyborach PiS nie zaczął ich natychmiast podnosić – w 2017 r. przeprowadził tylko waloryzację płac o mniej więcej 1 proc. Pierwszą podwyżkę przyznano w kwietniu 2018 r. – 5 proc., kolejne 5 proc. nauczyciele dostali od stycznia 2019 r. Wśród rządowych obietnic jest kolejne 9 proc. od września 2019 r., na razie tych pieniędzy nie ma nawet w budżecie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej