„Otrzymała kiepskie karty”. „Podano jej zatruty kielich”. Człowiekowi spoglądającemu z dystansu może być żal brytyjskiej premier Theresy May. Wydaje się taka dystyngowana. Sprawia wrażenie, że tak bardzo się stara.

Odkąd została premierem w 2016 roku po nieoczekiwanym wyniku referendum brexitowego, po rezygnacji jej nieszczęsnego poprzednika Davida Camerona i po brzydkiej kłótni o przywództwo, w której kilku jej kolegów mężczyzn wbiło sobie noże w plecy, sińce pod jej oczami się pogłębiły. Zawsze wydawała się tą jedyną rozsądną osobą w swoim środowisku; politykiem dojrzałym, który wie, co robi; człowiekiem przy zdrowych zmysłach w domu wariatów.

Niestety, nie jest taka. Nie jest rozsądna, nie zdaje sobie sprawy z tego, co robi, i w coraz większym stopniu sprawia wrażenie, że nie jest w pełni przy zdrowych zmysłach. Poza Westminsterem ludzie mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, w jak wielkim stopniu May jest odpowiedzialna za obecny kryzys, ale prawdę mówiąc, niemal wszystko, co wiąże się z brexitem – od wynegocjowanej przez nią umowy do podziałów w jej partii i w jej kraju – jest w znacznym stopniu jej winą. Ostatnie wydarzenia podkreślają tę gorzką prawdę: europejscy przywódcy zakomunikowali jej, że Wielka Brytania może uzyskać prolongatę brexitu do 22 maja, jeżeli May uzyska akceptację swojej umowy w parlamencie, ale jeżeli się to jej nie uda, wszystkie układy handlowe zostaną zerwane.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej