„Otrzymała kiepskie karty”. „Podano jej zatruty kielich”. Człowiekowi spoglądającemu z dystansu może być żal brytyjskiej premier Theresy May. Wydaje się taka dystyngowana. Sprawia wrażenie, że tak bardzo się stara.

Odkąd została premierem w 2016 roku po nieoczekiwanym wyniku referendum brexitowego, po rezygnacji jej nieszczęsnego poprzednika Davida Camerona i po brzydkiej kłótni o przywództwo, w której kilku jej kolegów mężczyzn wbiło sobie noże w plecy, sińce pod jej oczami się pogłębiły.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej